czwartek, 31 lipca 2014

Miasto 44

I znowu, jak co roku będziemy skakać sobie do oczu. Po jednej stronie "patrioci" i "prawdziwi Polacy" głoszący, że sztafeta krwi, przekazanie pochodni wolności, że nic, że przegrane bo przecież wygrane, że bez ofiary nie byłoby dzisiejszej wolności. Znamy. Z drugiej strony "zdrajcy" co to twierdzą, że po co, że Czesi i Węgrzy też wolności doczekali, ale bez tylu ofiar, że Polsce potrzebni są bardziej żywi niż martwi. Znamy. 
Wszystkie możliwe argumetny już padły. Ale dwa są wyjątkowo cicho słyszane.
Po pierwsze decyzje o Powstaniu podjęli politycy. Ci sami politycy, których dzisiaj macie w telewizorach, i których obśmiewacie, którymi gardzicie, którzy Was brzydzą, których macie dosyć. Kult i moda na świętą, nieskalaną i idealną II RP nie pozwala powiedzieć głośno, że to byli dokładnie tacy sami politycy jak zawsze, jak wszędzie. Wyjmujący kasztany z ognia cudzymi rękoma, dbający o swoje kariery i karierki, budujący swoje małe ego na wielkich ofiarach, dla których wtedy cudza śmierć, dzisiaj ubóstwo i kolejka do szpitala to są dane statystyczne. Taka właśnie grupa "mężów stanu", siedząca na wygodnych kanapach londyńśkich kawiarni wpadła na pomysł "zróbmy sobie powstanie", bo przecież nie oni mieli w nim walczyć. Gdyby się udało byliby zwycięzcami. Ale się nie udało więc za nich zginęli inni. 
Po drugie nie umiemy się pogodzić z gorzką prawdą, znaną, dostępną i bezdyskusyjną dla każdego historyka, albo tylko pasjonata wojskowości - żadne ruchy partyzanckie (za dyskusyjnym wyjątkiem partyzantki Tito w Jugosławii) nie miały istotnego, realnego, mierzalnego, jednym słowem...  żadnego wpywu na wynik wojny. Wojnę się wygrywa lub przegrywa potencjałem gospodarczym i regularną armią. No i trzema rzeczami: pieniędzmi, pieniędzmi i pieniędzmi. Zachód miał więcej fabryk, technologii i pieniędzy. Sowieci mieli armię. Polska nie miała ani jednego ani drugiego. Wbijanie młodym ludziom do głowy, że sprawę mogła załatwić odwaga i poświęcenie życia to kłamstwo. Dla przebiegu i wyniku wojny nie miały wpływu ani Powstanie, ani AK, ani powstańcy paryscy, prascy, sowieccy partyzanci i niemieccy antyfaszyści w liczbie siedmiu. Gloryfikacja pójścia na śmierć ze śpiewem "obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni" to robienie dzisiejszym młodym ludziom wody z mózgu. Chciałbym aby powszechne stało się przekonanie, że Polska powinna być bogata, przemysłowa, przedsiębiorcza, wykształcona, uzbrojona i silna wynikającą z tych właśnie cech pozycją międzynarodową a nie dzielna, bohaterska i pełna poświęcenia. 
Jeżeli za coś warto jest umierać to tym bardziej warto jest dla tego żyć. 

czwartek, 10 lipca 2014

Łamiące wiadomości. Tylko u nas. Zostańcie z nami.

A najbardziej to ja proszę Pana nie lubię polskich Faktów, Wiadomości i Informacji. I co ja proszę Pana robię? Wyłączam i wychodzę. 


1. Podobno jeszcze w latach 30-tych zdarzały się o równych godzinach komunikaty BBC (radiowe, bo telewizji jeszcze nie było), że "dzisiaj nie mamy żadnych wiadomości, więc nadamy muzykę". 
2. Wynikało to z założenia, że Wiadomości, Fakty i Informacje to właśnie wiadomości, fakty i informacje, wobec braku których nie ma powodu ich wymyślać i zastępować papką informacyjną znaną dziś pod wdzięczną nazwą kontent.  
3. Jak wiemy sytuacja się zmieniła. O okrągłych godzinach, w szczególnie w porze tzw. głównego wydania telewizyjnych dzienników Wiadomośći, Fakty i Informacje wyemitowane być muszą nawet wobec braku tych z małej litery, bo przed, w trakcie (doskonały pomysł na przerwy reklamowe między częściami "informacyjną", sportem a pogodą)  i po sprzedano już reklamę i nie ma przebacz. 
4. Przypomina to refleksję Stefana Kisielewskiego, który zauważył, że przed wojną na sklepach było napisane Rzeźnik a w środku było mięso, a za komuny na sklepie było napisane Mięso a wśrodku był rzeźnik. Teraz w Wiadomościach, Faktach i Informacjach wiadomośći , faktów i informacji jakby mniej , za to rzeźnicy Durczok, Ziemieci Gugała mają się doskonale. 
5. Inna różnica, którą do relacji media-odbiorca wprowadzili władcy niusrumów to odejście od przestarzałej koncepcji, której hołdował np. Giedroyć (na którego etos tak lubią się dzisiejsze tuzy publicystyki i dziennikarstwa powoływać), że to redaktor decyduje o czym chce powiedzieć czytelnikowi czy widzowi. Teraz to się poprawiło, nie ma dwóch zdań. Nowoczesne narzędzie pozwalają zbadać co chce przeczytać (to już coraz rzadziej), usłyszeć i obejrzeć sobie odbiorca. Jeżeli badaczom wychodzi, że nie chce o tym co istotne a woli o pierdołach to redaktorzy Durczok, Lis, Olejnik i Kolenda Zaleska schowają jeszcze głębiej  swoje dawno już zakurzone ambicje dziennikarstwa na poważnie i będą mędlić w nieskończoność o mamach-małej-madzi, utopionych-chłopczykach-z-Cieszyna, ugotowanych-w-aucie-przedszkolakach-a-nawet-pieskach, i ofiarach-bezdomności- spowodowanej-wybuchem-piecyka-gazowego. Staruszkach-wyzutych-z-mieszkania-przez-oszusta.
6. Powyższe tematy w epoce zasygnalizowanej na początku, a nawet jeszcze 20 lat temu, najczęściej a. zasługiwały na wzmiankę w wiadomościach lokalnych i kronice zdarzeń, b. wzmianka była jednorazowa, c. nikt na takich zdarzeniach nie budował ogólnych teorii wszystkiego. 
7. Czy to okropne, że mamy czasem zabijają dzieci? Straszne. Pijani konkubenci tłuką je? Potworne. Wyrostki znęcają się nad zwierzętami? Podłe. Oszuści naciągają ludzi? Woła o pomstę. Ale nie ma żadnych danych, które by potwierdzały, że tego typu sytuacje są dzisiaj częstsze niż niegdyś. Wszystkie te potworności i nienormalności są paradoksalnie najnormalniejsze w świecie. Odsetek rodziców sadystów lub po prostu idiotów, którzy przyczyniają się do krzywdy swoich dzieci wydaje się stały w populacji  - niestety Pan Bóg tak to urządził. 
8. Akurat dzieci mają się lepiej niż kiedykolwiek. W tej potwornej Polsce, gdzie codziennie giną lub są bite  w Wiadomościach, Faktach i Informacjach, na szczęście nie chodzą już dawno do kopalni, po wsiach tatusiowie rzadziej im obcinają nóżki kombajnami, coraz rzadziej wracają ciemną nocą grudniową ze szkoły przez las, bo mają gimbusy, itd. 
9. Nie podzielam przekonania miłośników Pisu, że w mediach mejnstrimowych panuje jakaś szczególna propaganda sukcesu, w domyśle propeo. Akurat odwrotnie. Można pogratulować mediom, że są już tak wolne (od myślenia przede wszystkim), że nie muszą realizować niczyjej propagandy.
10. Obraz wyłaniający się z Wiadomości, Faktów i Informacji to raczej Straszny Film 2, Masakra Teksańską Piłą Mechaniczną i Sala samobójców. Dzieciobójcy, sadyści, złodzieje, gwałciciele i oszuści wypełniają wszystkie pasma przenoszenia. Gdzieś tam może i są ludzie, których działalność ma wpływ na nasze życie, może tlą się gdzieś i nieśmiało pełzają jakieś realne zjawiska społeczne, ekonomiczne, kulturowe, ale od myślenia boli głowa, więc dopóki klikalność w biźniaczym z telewizyjnym serwisie www pokazuje, że Naród pragnie wciąż ugotowanych w aucie dzieci, choćby nawet rzecz się zdarzyła w Ohio, będziemy się tego trzymać.
11. Wrażenie robi też wyjątkowe wyczulenie redaktorek i redaktorów na krzywdę, biedę i nędzę w konfrontacji z rozpasaniem elit. Chodząca na co dzień w pepegach za pięć dych Monika Olejnik jest wrażliwa na bizantyjskie-bachanalie-ministra-co-to-wydał-na kolację-1000-złotych i jej żachnięcie jest tu jak najbardziej wiarygodne i na miejscu. 
Jak wiadomo widzów zawsze cieszy jak można dowalić "bogatemu", ale że o prawdziwych bogatych trudno, poza tym często redaktorów łączą z prawdziwymi bogatymi towarzyskie więzy bywania na tych samych bankietach, umownie obniżymy poprzeczkę aby poepatować widza skandalicznym przetargiem na "luksusową limuzynę" - czytaj skodę superb za 120.000, "luksusowym" zegarkiem za 20.000, "posiadłością" na Mazurach o przepastnej powierzchni pół ha i innymi podobnymi przejawami luksusu. Dzieci pieką się na parkingach, a panowie w stolicy palą cygara. 
12. Wymówka brzmi, że niby Doktor Kulczyk jak je homary to za swoje, a minister Sikroski za moje. To ja chcialem powiedziec, że mnie nie bulwersuje cena lunchu ministra za 1200. Podniecanie się "kwotą!" to czysty populizm, dość obrzydliwej próby. Miał albo nie miał prawa zapłacić służbowymi pieniędzmi i na tym możemy się skupić - zgoda. Ale to przecież zbyt skomplikowane zawiłości dla "oglądalności". Oglądalność nie zajarzy czy, jak i dlaczego są regulowane kwestie wydatków reprezentacyjnych. Ale czerwone lampki od razu Oglądalności się zapalaja, kiedy komunikat będzie zredagowany ty-tu-chłopie-żresz-kaszankę-stara-nie-ma-co-na-dupę-włożyć-a-ministrowa-Mucha-kiecki-sobie sprawia-po5tysi-a-Sikorski-zajadasię-ostrygami. 
13. Postulowałbym tutaj więcej symetrii. Jeżeli panie redaktor nie życzą sobie aby urzędnicy państwowi wypominali im cenę butów (jak to mogło się zdarzyć w ustroju słusznie minionym) to nie powinny bić populistycznej piany, rżnąc głupa, że niby szokuje je cena butelki wina za 300 złotych. Mistrzostwo hipokryzji dzierży Jolanta Pieńkowska, która na wizji rozczulała się czy 500 złoych za to czy za tamto to aby nie za drogo, ale pani Monika Olejnik - dwa w jednym - polska - zasłużenie Oriana Fallaci i równie zasłuzenie Imelda Marcos ( to taka Pani co miała 2000 par butów) nie powinno dziwić nic, bo jeżeli można mieć 500 par butów w średniej cenie średniej krajowej to dziwią chyba już tylko niedźwiedzie w Biedronce. Czy redaktor Olejnik może mieć słabość do drogich butów? Może. Czy mi coś do tego? Nic. Czy jest wiarygodna żachając się ile to minister wydał na wino? Nie jest. Drugą Evitą, co to w futrach i diamentach nalewała zupę ubogim juz się nie zostanie więc po co się męczyc.
14. Cenię Wojewódzkiego, który może sobie jeździć ferrari, może i sztukując sobie brakującą część osobowości Piotrusia Pana, ale trzeba mu przyznać, że rozmówcom nie wyrzuca, że sobie kupili o-matko-boska-cos-drogiego.
15. Trochę mi żal telewizyjnych gwiazd. To obiektywnie inteligentni ludzie. Jeżeli jeszcze obdarzeni pamięcią sięgającą 10-15 lat wstecz, pamiętają, że zajmowali się kiedyś rzeczami ważnymi. Teraz trzepią te "newsy" o niczym i za to nic dostają wiktory "od środowiska". Ciekaw jestem ich autorefleksji. Głupio im czy za kasę można kupić spokój sumienia? Jak się czuje człowiek, który wobec miliona tematów ważnych postanawia na kolegium redakcyjnym, że do głównego wydania damy mamę-małej-madzi? Ma do siebie jeszcze szacunek? Jak długo całość otaczającego wszechświata mają mi tłumaczyć wciąż Ci sami rozmówcy kropki nad i? Czy na każdy temat muszę usłyszeć opinie wciąż tych samych Niesiołowskich i Giertychów? 

Kiedy jeszcze trwał reżim komuny w Związku Radzieckim były w zasadzie dwie gazety - Prawda i Izviestja (Wiadomosci po polsku). Sytuację wolności słowa opisywały pytanie i odpowiedź.
- Ile jest prawdy w Izviesjach?
- Tyle samo co izvestji w Prawdzie.

To mniej więcej jak dzisiaj u nas. Wolne media i wolni dziennikarze mają wolny wybór i wybierają badziewie. 

niedziela, 6 lipca 2014

Pożegnanie z Tuskiem.


Egzaltowana panienka zarzuca premierowi Tuskowi zdradę. Zapewne w tym sensie, że kondominium, że sługa ruskich, że zabił Prezesowi Jarosławowi brata, itd. Nie podzielam. Niestety samo określenie jest trafne. Premier Tusk i PO zdradzili mnie. Nie mnie z imienia i nazwiska ale mnie małego przedsiębiorcę. Miała być PO reprezentacją klasy średniej. Partią mieszczańską. Małych i średnich przedsiębiorców. Nikt nie wierzył, że jej wrazliwość społeczna skieruje się w stronę troski o kasjerki w Tesco - tym miała się zajmować lewica. Ale też nikt nie spodziewał się, że troska PO pójdzie w kierunku jej pracodawcy. Tymczasem widać wyraźnie, że PO bliżej do troski o spokojny sen doktora Kulczyka, zyski banków i interesy Tesco niż do ochrony Kowalskiego Sp.J. , który zatrudnia czwórke pracowników, w tym dwoje swoich dzieci. 
Ta konstatacja uświadomiła mi, że trzeba zawrócić w lewą stronę. Bo nie czuję się po stronie kapitału. Czuje się po stronie pracy identycznie jak ta kasjerka. I spodziewam się, że powinna istnieć reprezentacja polityczna, która mnie - małego przedsiębiorcę i moją pracę obroni w nierówej walce ze światem korporacji. Chciałbym aby powstał w Polsce NEW LABOUR. W głowach panów Millera, Czarzastego i Palikota musiałyby się jednak zapalić zupełnie nowe lampki. 

Historyjka z życia.

Wyobraż sobie, drogi czytelniku, że masz aptekę. A może nawet trzy albo pięć aptek. Interes się kręci. Razem z Tobą pracuje rodzina. Dajesz też pracę innym. 
W ramach "wolnego rynku" otwierają ci obok np. Rosspharm. Albo Supermann. W końcu każdy ma prawo prowadzić działalność gospodarczą na równych prawach.
Po kilku miesiącach widzisz, że klientów ubywa. Dokładasz do biznesu rok. To dokładanie uczyni cię bankrutem, ale wierzysz, że dasz radę więc walczysz, płacisz pensje i zusy, sobie już nie płacisz, ale przecież nie zamkniesz z dnia na dzień biznesu, który być może założył Twój ojciec - a Państwo przecież jest dumne z firm rodzinnych.
Po roku, dwóch bankrutujesz - nie masz nic oprócz długów. Jak to się stało, że byłeś taki niekonkurencyjny? Przecież wolny rynek, itd.
To bardzo proste. Proste jak ABC. Proste jak A - Rosspharm prowadzi swoją aptekę razem z drugstore'm. Tobie nie wolno bo prawo farmaceutyczne, ograniczenia, przepisy. Jemu też nie wolno, ale on ma w tym samym lokalu przedzielonym przepierzeniem dwie osobne firmy - aptekę i drugstore, tyle, że klient o tym nie wie. Idzie do Rosspharmu. Ależ przecież Ty też tak możesz! Oczywiście. O ile zrezygnujesz ze swoich pięciu małych aptek i wynajmiesz kilkaset metrów - możesz nie chcieć, nie czuć się na siłach prowadzić drugstoru, z resztą dlaczego aby prowadzić aptekę "musisz" mieć drugstore? Ale to już Twój problem. Proste jak B - Rosspharm może się reklamować. Tobie nie wolno, bo apteki nie mogą się reklamować. Więc Rosspharm nie reklamuje apteki. Reklamuje drugstore, tyle, że klient nie widzi różnicy. Skutek: Rosspharmowi wolno de facto reklamować punkt, w którym ma aptekę - Tobie nie. Taki wolny rynek i równe szanse. i Wreszcie proste jak C - Rosspharm sprzedając lekarstwa, może obniżyć ich ceny nawet ponizej ceny zakupu i  .... nie będzie to wcale dumping. Zawsze wytłumaczy, że polityka cenowa ma na celu osiagnięcie zysku w ujęciu łącznym - zarabia na mydle, szamponie, gumie do życia, napojach, perfumach, itd. Może ceny lekarstw trzymać na absurdalnie niskim poziomie przez lata, aż Cię wykończy, organizować promocje, wyprzedaże, a nawet je reklamować "juto w Rosspharm wszystko o 25% taniej" - klient jak wspomnieliśmy nie rozróżnia drogerii od apteki, więc reklama skutecznie go informuje, że kupi aspirynę ze zniżką. Jak  już nie bedzie wokół innych aptek, nie będzie już musiał się tak wysilać, zacznie zarabiać - rok, dwa czy pięć dla korporacji to żaden problem, on poczeka. Ty zamkniesz swój biznes a Twoi ludzie stracą pracę.
Ty i Twoja przykładowa apteka to przede wszystkim praca. Rosspharm to kapitał. Ale z niejasnych powodów Twoich interesów ekonomicznych nie reprezentuje nikt. "Partia przedsiębiorców" czyli PO jest raczej po stronie Rosspharmu a nie Twojej. SLD może się pochyli nad zatrudnioną u Ciebie kasjerką, ale nie Tobą. 

Diagnoza.

SLD nie znajduje sposobu na wyjście z zaklętego kręgu 10 % +/- 2.

Wierny, żelazny, stary, „prl-owski” elektorat się wykrusza, kończy, nie starcza.

Klasowość myślenia lewicowego to już śmietnik historii. Nie ma już wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i nie będzie.  Związki będą coraz słabsze. 

Ci co nie chodzą na wybory to w większości pracownicy najemni, często „wykluczeni” ale jak widać nie czuja potrzeby głosowania w ogóle, a na lewicę w szczególe, więc tu mimo złudnego potencjału , nie ma co szukać wzrostu.

Receptą miała być:  

a.       „lewica światopoglądowa” a więc wolność religii i sumienia, tolerancja kulturowa, przystań dla mniejszości  - w Polsce nie ma mniejszości narodowych, więc w zasadzie wyłącznie seksualnych. Ale ..... kierowanie "mocnych" i "programowych" komunikatów do mniejszości i wykluczonych ma jedną zasadniczą słabość - jest ich mało, a odsetek głosujących jest jeszcze mniejszych. Trzeba i należy stać po stronie mniejszości - problem jednak w tym, że jeśli frekwencja wśród mniejszości jest taka sama jak wśród większości to znaczy, że z 5-10 % np. homoseksualistów, do wyborów idzie w najlepszym razie połowa - aby bronić ich interesów trzeba wygrać głosami innych, bo tych 50% z 5% nie starczy. Arytmetyka.

b.      Deklarowana troska o „wykluczonych” , ekonomicznie słabszych. Postulat równych szans edukacyjnych, dostępu do zdobyczy cywilizacji. Niestety wykluczenie nie chcą chodzić na wybory a dyskusyjne jest czy na sytych i ocdzianych działa takie przesłanie współczucia.

c.       Antyklerykalizm – cywilizowany, ale jednak.

d.      Europejskość – obyczajowa.

Sądząc po wynikach, recepta nie zadziałała.

A może inaczej? 

Nowa lewica sklejona z SLD, Palikota i innych ma szansę przejąć lwią część elektoratu PO i przyciągnąć część elektoratu PIS pod warunkiem, że nie rezygnując z wyżej wymienionych elementów strategii, która działa średnio, ale te 10% daje, znajdzie klucz do wyobraźni wyborców.

Słowem kluczem jest PRACA.

Praca rozumiana nie, jako praca najemna, w przestarzałym i nieadekwatnym do rzeczywistości ujęciu my- praca najemna, oni – kapitał i krwiopijcy.

Praca rozumiana jako wspólna wartość wszystkich, którzy codziennie ciężko pracują na swój kwałek chleba, a więc w tym samym stopniu pracownicy najemni co mali i średni przedsiębiorcy.

Zadziwiające, w jak małym stopniu SLD korzysta z efektu propagandowego stawki liniowej 19%, którą małym przedsiębiorcom (takim jak autor tych uwag) podarował.

Zapewne zmiana nazwy nie wchodzi w grę a na pewno nie na rok przed wyborami, ale warto sobie uzmyslowić, że trwanie przy promowaniu „lewicowości”, która jak widać nie jest już seksowna dla wyborcy, nawet tego lewicowego światopoglądowo nie wystarcza. SLD-owscy specjaliśći do marketingu politycznego niech się nad tym trudzą aby lewica była na nowo kojarzona z pracą (Zbieżność z Unią Pracy jest przypadkowa – nie o to tu chodzi aby przydawać znaczenia UP, którego jako taka nie ma). Pracą, której pojęcie powinno być rozumiane w stylu i tradycji angielskiego Labour. Kiedy angielski Labour wyczerpał się – Tony Blair rozpoczął krucjatę jako New Labour. A Labour czy stary czy nowy , z nazwy nie oznacza ex definitione „lewicy”. Oznacza odwołanie się do etosu pracy, który łatwiej ziulustrować przykładami, niż definicją.

Właściciel pięciu sklepów, zatrudniający 20 osób może być „labour”. TESCO nie jest labour.

Deweloper na dorobku stawiający małe osiedla w powiatowych miastach kontraktujący podwykonawców może być labour. HOCHTIEF nie.

Operator kilkunastu mikrobusów KOZIENICE – WARSZAWA może być labour. Irlandzki POLSKI BUS nie.

Właścicielka sieci pięciu klinik dentystycznych może być labour. Właścicielka zakładu kosmetycznego zatrudniająca dwanaście manikiurzystek. Restaurator tak. McDonalds nie

Tak rozumiana praca jest przedmiotem opresji. Prześladowana przez technokratyczne Państwo sprzyjające korporacjom i ustępujące przed dużym , podczas gdy mały nie ma żadnej reprezenatacji.


SLD, lewica, czy jak byłoby logiczniej Partia Pracy (ale nawet bez zmiany nazwy, można tę PRACĘ zmieśćić w hasłąch, sloganach i programie) powinien być obrońcą PRACY, najemnej ale  i tej wynikającej z małej i średniej przedsiębiorczości przed korporacjami i przed technokratycznym Pańśtwem sprzyjającym wielkiem kapitałowi i ustępującym przed siłą wielkiego kapitału, podczas gdy mały przedsiębiorca jest nawet w gorszej sutuacji niż pracownik najemny – nie reprezentuje i nie broni go nikt.

Na fali rosnącego sprzeciwu przeciw dyktatowi korporacji, modzie na „nie pójdę pracować do korpo”, szczególnie silnej wśród „lewicy światopoglądowej” , jednoczesnej rosnącej społecznie roli małych i średnich przedsiębiorstw, aż dziw, że SLD nie dostrzega, że prędzej zdobędzie głosy tych małych kapitalistów, świadomych, że potrzebują reprezentacji, wiedzących, że PO bliżej do wielkich korporacji, niż tych wykluczonych, wyzyskiwanych, którzy po prostu na wybory nie chodzą bo wolą pić tanie wino w swoim zamkniętym pegieerze.

Ale to wszystko powyżej to tylko wstęp do myśli, którą najlepiej opisze przykład sytuacji prawdziwej, będącej doświadczeniem dziesiątek tysięcy prawdziwych ludzi pracy – tych którzy ciężko pracują , tworzą miejsca pracy, walczą z nierówną konkurencją ze strony „dużego” i opresją Państwa.

Dlaczego ów mały "kapitalista" zasługuje na podobną ochronę jak "ludzie pracy najemnej", "wykluczeni", "słabsi"? Pomijając okrutną, wyrachowaną ale szczerą konstatację, że ci potrzebujący pomocy wykluczeni i słabsi najczęściej nie idą do wyborów i nie dają swoim głosem szansy partii głoszącej i niosącej im pomoc, aby ta miała szansę wykazać się deklarowaną troską odpowiedź da poniższy, wcale nie wymyślony przykład. 
Przykład może dotyczyć rodzinnego warzywniaka, który zbankrutował bo obok otworzyli siedem biedronek a mały kupiec ma do wyboru stać się pracownikiem najemnym albo umrzeć z głodu, bo jego firma "nie sprostała" konkurencji. Nie przekaże też firmy dzieciom. Dziwnie łatwo pogodziliśmy się z takimi sytuacjami, bo przecież "rządzi rynek" i w końcu Auchan też tworzy miejsca pracy. Problem w tym, że to nie rynek rządzi. Ale może bardziej wyrafinowany przykład pozwoli łatwiej zrozumieć, że nowa lewica, nowy labour powinien małego przedsiębiorce postrzegać jako "swojego" do zagospodarowania.



 A przecież są sposoby aby to ustawowo uregulować. Można "równe szanse" moderować. Państwo powinno interweniować tam gdzie mniejszemu i słabszemu dzieje się krzywda.
Widać jednak nie ma takiej woli. 

Panie Miller, panie Czarzasty, panie Palikot! Zróbcie mi taką lewicę. Chętnie skręcę w lewo, tylko na razie na zakręcie stoi znak "ślepy zaułek".





środa, 25 czerwca 2014

Chcem byc selebrytom.

Dobrze. Przyznam się. Zazdroszczę. Ścianki? Nie. Długie stanie i błyskanie po oczach mnie męczy. Stałej obecności w Gali, Vivie, na Pudelku i Na językach? Nie. Lubię trudniejsze wyzwania. W czasie mojego życia korporacyjnego zaliczyłem i okładkę Pulsu Biznesu i rozkładówki w Rzepie. Jak zacząłem grać w polo zaznałem sławy większości kolorowych magazynów - nic z tego nie wynika, dla mnie osobiście lekkie żenua. Obecnie unikam.  Że niby lekka dobrze płatna robota, co to nie orzą i nie sieją jako ptacy niebiescy? Po pierwsze żadna lekka - jakby mi ktoś kazał codziennie "bywać" na "pokazach" "luksusowych marek", otwarciach "salonów", galach "wręczania prestiżowych statuetek" nie ma takich pieniędzy, za które bym to zrobił. Po drugie z tą płatnością - uwierzcie, nie ma karkulacji - z bycia selebrytom przez trzy do pięciu sezonów (to już max)  nie da się dożyć do emerytury, a obciach przy wertowaniu kartek i screenshotów sprzed pięciu lat zostaje na zawsze.
To czego zazdroszcze to możliwość bycia kim się chce. Selebryta może być kim mu się zachce i to od razu. Może na przykład zostać aktorem - aktorką już jest Monika Pietrasińska a ma zostać Patrycja Pająk. Może zostać modelką - tutaj ikoną branży jest Natalia Siwiec. Może zostać piosenkarką - tu lista jest długa. Może zostać projektantem mody. Stylistą. Kreatorem. Mody, fryzur lub stylu. Wszystkim może być. Kiedy chce może się przebranżowić z modelki w aktorkę, z piosenkarki w projektantkę. 
Mnie się głupiemu wydawało, że przypisanie sobie jakiejś profesji powinno mieć jakiś związek z wymiarem ekonomicznym takiego przypisania. Jestem fryzjerem, strzygę ludzi, płacą mi za to, w zasadzie robię tylko to, albo robię i inne rzeczy ale żyje z nożyc i grzebienia - ok, to rozumiem. jestem fryzjerem. Jeżeli mi ma w czymś pomóc ewolucja słowna zakładu w kierunku studia, fryzjera w kierunku kreatora i fryzur w kierunku hairdo, ok też rozumiem. Mam też wiele zrozumienia dla artystów sztuk pięknych - obrazu jeszcze żadnego nie sprzedali, ale jeżeli mają faktycznie w piwnicy kilkadziesiat płócien czekających na odkrycie (oby za życia) chapeau bas! Niech tam się przedstawiają "jestem malarzem". 
Ale co fakt zrobienia sobie dwustu półgołych zdjęć, z zasady publikowanych jedynie na własnym fejsie, od święta zdobiących kalendarz marki opon lub buldożerów wg twórczego schematu ona goła, opcjonalnie lekko umazana smarem siedzi w kabinie dźwigu, a obok cztery felgi i łyżka koparki , za którą to sesję" dostała 1000 złotych i zwrot kosztów dojazdu do Kielc, a "kontrakt" tego rodzaju trafia jej się trzy razy w roku - takie osiągnięcie chyba, czy ja wiem, nie upoważnia do nazywania się modelką? Okazuje się, że upoważnia. I jeżeli zainteresowana ogłosi się, że jest modelką a na pytanie czym się zajmuje odpowiada "z pozowania" - a da się z tego żyć? "hihihihih, no wiesz, nie bardzo" - to żyjacy z opisywania selebrytów zgodnie przykładowo potwierdzą: modelka Natalia Siwiec.
Czy projektant mody, której nikt nie chce kupować. Ani w przeszłości. Ani teraz. Albo nawet sprzedaje rocznie pięć kompletów żakiecików w zaprzyjaźnionym butiku bez nabijania na kasę fiskalną, to nie może się nazywać jakoś inaczej? Znaczy on projektant i YSL też projektant? My projektanty? No kurna, nie ukrywam że zazdroszczę.
Czytam, że Jola Rutowicz już bez różowego konia podejmuje próbę powrotu do szołbiznesu - wnioskuję zatem, że już w nim była. Rodowicz robi w szołbiznesie i Rutowicz. My dziewczyny z szołbiznesu. No to chyba pani Maryli trochę głupio - może liczyć co najwyżej na to, że o niej napiszą Gwazda a o Joli gwiazdka, ale  jak na 45 lat kariery i zylion sprzedanych płyt to chyba mało?
Aktorstwo. Ach!. Być jak John Malkovich albo chociaż być jak Monika Pietrasińska. 
Czy ja też mogę być aktorem? Chciałbym i moim zdaniem zasługuję. Mam może trochę wintedżowe ale za to osiągnięcia. W 1985 ze spółdzielni studenckiej Plastuś dostałem zlecenie na noszenie szaf w telewizji. Na korytarzu zaczepił mnie pan piąty reżyser i w jakimś słusznym ideologicznie serialu wojennym,  gniocie potwornym, dostałem rolę - na wypłacie było napisane "faszysta trzeci".
Najbardziej zdrowo zazdrościć jest talentu. To taka zdrowa zazdrość. Zazdroszczę Blechaczowi. Zazdroszczę Lewandowskiemu. Obu bez złości, zawiśći i złych intencji bo przecież ani piłkarzem ani pianistą nie jestem. Ale najbardziej zazdroszczę ludziom renesanu - ludzi wielu talentów gdy czytam, że ktoś jest modelką, prezenterką, aktorką i projektantką w jednym to siadam i płaczę. 
To, że ktoś kocha autopromocję rozumiem. To, że ma prawo do złudzeń, że coś z tego wyniknie jego prawo. Może nawet wynika. Kwestia punktu odniesienia. Jeżeli modelka-prezenterka-aktorka pochodzi z Dziędzielina Dolnego, to dla koleżanek, które zostały w domu i pracują na poczcie, możliwość darmowych posiłków na promocji szamponu jawi się jako sukces. Koleżanka z poczty może nie rozpoznaje podorobionych torebek LV i rolexów z Tajlandii. Ale czemu panie i panowie żurnaliści uczestniczą w tym cyrku i próbują nas przekonać abyśmy dołączyli?   
 

wtorek, 17 czerwca 2014

Ą i ę

Okropna jest ta hipokryzja na temat formy. Co do tresci rozumiem, ze nie bedzie jednej interpretacji - dla jednych "odpowiedzialni funkcjonariusze Panstwa", dla innych "polityczna mafia", ale co do formy? Przeciez wszyscy w prywatnych rozmowach w cztery oczy uzywamy takich form ekspresji jak panowie Belka i Sienkiewicz. I nie tylko mezczyzni. Kobiety moze innych, ale jednak. Nie wierze, że Panie Kolenda i Olejnik nigdy w prywatnej rozmowie nie okreslily zadnej "kolezanki" okresleniem "glupia cipa" (zamiast głupi ch...) , nie odnotowaly, ze inna "kolezanka" ma grubą dupę (zamiast małego ch..ka), nie skomentowały czyjegoś stanu emocjonalnego kolokwializmami w rodzaju "chyba ją\jego poje...ło/osrało względnie popier...ło" . Jeżeli wierszowane powiedzenie ch... d... i kamieni kupa kogoś oburza, to musi żyć na księżycu. Powiedzonka w rodzaju sranie w banie, chuje-muje dzikie węże  i inne podobne każdy zna i każdy raz na 100 rozmów ich użyje. Może nie na przyjęciu u ambasadora, ale przy wodeczce może się zdarzyć. Mamy mundial więc analogia futbolowa. Po sukcesach polskich piłkarzy w latach 70-tych ukazała się komiksowa opowieść o tychże. Na obrazkach cudnej urody, na których Robert Gadocha srzelał na bramkę i piłka trafiała w słupek, dymek z "pomyślał sobie" unosił się nad głową bohatera ze słowami "a tak niewiele brakowało do szczęścia" - nie było mnie przy tym, ale jestem pewien, że pomyślał i pewnie powiedział coś zupełnie innego, bliższego sążnistemu k...a mać. W tym samym czasie zrobiono eksperyment i na ligowych stadionach zamontowano mikrofony kierunkowe. Biedni piłkarze co chwila gryźli się w język komentując zagrania rywali, niecelne podania partnerów i decyzje sędziów. Pani Kolendzie wydaje się, że jak dwóch facetów umawia się, że podstawią nogę trzeciemu to omawiają to słowami z ą i ę. Po części. Roman Bratny kiedyś dodefiniował to tak: pełna kultura, ą i ę. Pardą pierdolę. Życie.

środa, 4 czerwca 2014

Na 4 czerwca - wolność a moje trampki.

Tekst dedykuje mojemu synowi Maciejowi, który  zbiegiem okolicznośći właśnie teraz ostatecznie został dorosłym, broniąc pracę magisterską. 


Moja wolność nie przyszła 4 czerwca 1989 roku. Przychodziła pomalutku, małymi kroczkami przez całe lata 80-te. Przychodziła, powiedziałbym - w punktach. 

1. Zaczęło się od muzyki. "Płyta z zachodu" to było marzenie. Pierwsze dwie kupiłem sobie w wieku 12 lat. Deep Purple. Machine Head i Fireball. Teraz myślę, że ważniejsza od wytloczonych na niej kawałków była wolność wyboru tego ulubionego i puszczenie sobie go kiedy się chce. 
2. Płyty były jednak drogie i jedynym sposobem aby mieć do nich dostęp okazało się mieć ich nie pięć czy dziesięć a sto. W wieku 14 lat zostałem jednym z kilkudziesięciu handlarzy muzyką, którzy sprowadzali płyty, wymieniali płyty, kupowali płyty i sprzedawali płyty. Najpierw na Wolumenie. Potem na Spójni. Potem w soboty na Spójni a w niedziele na Skrze. Od 17 roku życia nie miałem wolnego weekendu. Ale miałem płyty. I wolność ułożenia sobie z nich repertuaru wg własnego uzania. 
3. Potem były ciuchy. Nie chciałem się ubierać w to szare barachło, które rynek handlu uspołecznionego rzucał od czasu do czasu na rynek. Modnie było co prawda ubrać się w abnegackie moro i buty z jedność łowieckiej, ale dżinsy, tenisówki, koszulki polo - to już "musiało" być "stamtąd". 
Moi rodzice zarabiali po 30 dolarów miesięcznie. Dżinsy kosztowały 20. Adidasy, te prawdziwe - nie mniej niż 40. Te bardziej wypasione bo ze skory a nie z ceraty nawet dwa razy tyle. Sprawy potoczyły się identycznie jak z płytami. Wysiłek pozwolenia sobie na oryginalne tenisówki z zachodu był tak wielki, że nie miałem wyboru - zostałem handlarzem butów, ciuchów, sprzętu sportowego. Daleko mi było do remebertowskich tuzów, ale w skali Skry i Spójni, razem ze Sławkiem, Jankiem i innymi mieliśmy całkiem zgrabne stoiska, z asortymentem dynamicznie dopasowywanym do potrzeb rynku. Z inwestycjami w stoliki i łóżka polowe. Z podziałem ról. Pobudka szósta rano. Albo nawet bez spania bo przecież z Hybryd, Parku czy Remontu wracało się o piątej. Autobusem z plecakami i torbami. Rzadziej pożyczonym od rodziców maluchem. Z czasem własnym maluchem. Od pucybuta z pospiesznego A do milionera w 126p. Żadnego wolnego w weekendy między 6 rano a 16. Przez pół liceum i całe studia. Ale ta praca oznaczała wolność. Wolność od 30 dolarów miesięcznie moich rodziców bo sam zarabiałem 100. Dla 19 latka w 1982 to jak dzisiaj 10 tysięcy złotych. Król życia. Wolność od szarości Praca, która pozwalała wymienić wysilek i pomyslowość na kolorowy świat i ograniczoną , ale jednak przynależność do lepszego, wolnego świata. Status symbole tej wolnośći to było 50 złotych na zapłacenie kortu, nawet codziennie jak przyszła ochota (oczywiście w dni powszednie) rakieta tenisowa Donnay i adidasy grand prix. Powiew zachodu. Kiedy zaczęły się pojawiać grandprixy produkowane na licencji w Bułgarii od razu przestały być cool. Liczyły się te made in west germany. Od biedy francuskie. W 1984 kupiłem sobie po raz pierwszy adidasy stan smith - drogie były cholery bo cale ze skóry. Takie same kupiłem sobie wczoraj. I dało mi to do myślenia. A myślę sobie tak ... 
4. Wejście w posiadanie "zachodniej rzeczy" to było przeżycie. W każdym aspekcie. Pudełko. Polska ludowa, w której byłem przekonany, że "tak będzie zawsze" siłami przemysłu socjalistycznego nie potrafiiła wyprodukować ani takiej tektury, ani równo jej przyciąć, ani zadrukować. Jak mówił nieco wczesniej towarzysz sekretarz "Gdybyśmy mieli cienką blachę moglibyśmy eksportować więcej konserw ale nie mamy mięsa". Nie tylko butów takich dla polskiego nastolatka Polska ludowa zrobić nie umiała. Już przy pudełku zaczynały się schody.



5. Dokładnie tak jak dzisiaj, po otwarciu pudełka ukazywały się ... buty? - zapytacie ... gdzie tam. Butów owiniętych w delikatną jak poranna mgła bibułkę widać nie było. Jeżeli kiedykolwiek w zyciu zaobcowałem z pojęciem luksusu rozumianym jako absolut to było właśnie wtedy. Taka ekstrawagancja! Pomyślcie! Jakiś nieznany mi człowiek, wyprodukowane dla mnie buty, za które wdzięczny mu byłem i za kolor i jakość skóry i nawet sznurówek, za model, za design, za wszystko ... zechciał się jeszcze tak natrudzić, że do tych butów dodawał pudełko i zawijał te moje status-symbole w muślin bibułki.



6. Jak wszystko stamtąd, moje nowe adidasy Stan Smith pachniały. Zapachem nie osiągalnym w domach towarowych centrum. Tu cuchnące pcv relaksy. Tam poezja zapachów skóry zatopionej w gumowej podeszwie adidasów, pumy i dużo później nike. Zupelnie odwrotnie niż w wierszu "tam bezrobocie , strajki, głód - tu praca, natchniony traktor". Zapach wolności.



7. Moja wdzięczność do kapitalisty, który te buty wymyślił, wyprodukował i swojej łaskawości zechcial sprzedać byla tak wielka, że umykało mojej uwadze, że bylem wówczas dzikim żyjacym w dżungli. Obiektem pożądania były dla nas, dzikich śmieci stamtąd. Dzieci dumnych Polaków, co to pod Kircholmem i Samosierrą. Dzieci rodaków Kopernika i Curie Sklodowskiej w ramach hobby kolekcjonowały a to (oczywiśćie puste) paczki po papierosach, puszki po cocacoli, z butelek po koniaku kurwazje kurwawypije robili w prezencie dla rodziców lampy na zajęciach zpt, dziewczynki układały w klaserach opakowania po czekloladach lindt, vanhouten i cadbury. Do tej samej kategorii pożądanych śmieci należało moje pudełko. Prędzej by mi ręka uschła niż bym je wyrzucił. Pudełko po zachodnich trampkach służyło latami jako użyteczny pojemnik na zdjęcia, skarpetki, domowe rachunki. Duża wygoda. Kto miał takie pudełko nie musiał jeździć do Ikei, której przecież nie było, aby kupić sobie designerskie segregatory - miał pudełko z zagranicznej, równo przyciętej i równo zadrukowanej tektury. Był czlowiekiem zachodu.     
8. Za posiadanie tenisówek stan smith i pudełka po nich nie wsadzano do więzienia, ale ich obecność w moim życiu była jawną kontestacją systemu. Systemu, który miał trwać wiecznie. Systemu, w którym wybór polegał na akceptacji szarości lub szukaniu sposobów ucieczki ze świata relaksów, programu I polskiego radia i kolekcji domów centrum. Nie wiedziałem tego wtedy, ale wiem teraz, że na tych bazarowych stoiskach i w słuchawkach na uszach przy swojej damie pik, a potem msh 101, uczyłem się wolności a raczej zarażałem się nią. Nikt mi nie powie czego mam słuchać. Nikt mi nie będzie mowił jak się mam ubierać. Nikt mi nie będzie ograniczał możliwości zarabiania i wydawania na to co w danej chwili dla mnie najważniejsze. 
9. Nie czułem wtedy, że robię coś wyjątkowego. Wielu moich kolegów działało na tych samych zasadach. W kilku jechaliśmy weekendowym świtem z gratami na bazar. Na miejscu spotykaliśmy takich samych jak my. Dziwili mnie raczej ci , którzy tego nie robili. Każdy mógł. Próg wejścia był najniższy z możliwych, a właściwie go nie bylo. Za handlowanie płytami na bazarach i klubach studenckich nic nie groziło. Perskie jarmarki, wolumeny, spójnie i skry były jedynymi w Polsce specjalnymi strefami ekonomicznymi - wolno było w zasadzie wszystko. Nikt nie sprawdzał ile płyt, par trampek, dżinsów, paczek papierosów czy butelek piwa (bo nasze stoisko było wielobranżowe) sprzedałem przez weekend. Podatków od tego nie było. Zacząć można było od plecaka piwa warka po 3,50 kupowanego w supersamie o siódmej rano  i sprzedawanego po dychu na Skrze.  Możliwości rozwoju były nieograniczone. To my w liczbie kilkudziesięciu, więc ciężko przyporządkować sytuację jednej osobie daliśmy narodowi pierwsze kurtki puchowe sprzedawane na giełdzie narciarskiej na Okrąg. Jakie Gosie Baczyńskie i Zienie? To w połowie lat 80-tych połowa warszawskich celebrytów i tych "co się liczyli" towarzysko jechała na narty w puchówkach uszytych przez Sławka, Janka, Marcina, mnie i jeszcze kilku. To był dopiero dyktat mody. Koszule zapinane w skos, Kozaki muszkietery. A nawet wkład w język i kulturę. Wierzcie lub nie ale to nasza grupa kilku warszawskich handlarzy, i znpwu może to byłem ja, a może Sławek, a może Marcin - wymyśliła polskie określenie na velcro czyli ... rzepy, sprzedając pierwsze zapinane w ten sposób buty puma.
10. Wtedy zrozumieliśmy, że wolność to stan umysłu. Nasza wolność nie była zupełna, ale była oceanem w porównaniu z sadzawkami, w których siedzieli nasi rówieśnicy, którzy woleli wtedy spać w sobotę do 11 i gardzili nami "handlarzami". Niemal wszyscy, którzy stali ze mną wtedy upał i mróz na bazarze jakoś się w życiu ustawili. Może i sprytem. Ale przede wszystkim pracą. Przez sześć lat studiów każdy weekend bylem na bazarze i każdy dzień powszedni robiłem w spółdzielni plastuś. I w oczach moich kolegów byłem "bogaty". 
11. Kiedy oglądam dzisiaj moją nową, siódmą a może dziewiatą parę takich samych tenisowek stan smith myślę sobie, jak długą drogę przeszliśmy i jak to dobrze, ze dla dzisiejszego nastolatka ich zakup nie jest już wydarzeniem, a pudełko trafia na śmietnik. Że może sobie je kupić, podobnie jak dżinsy i puchową kurtkę - wszystko razem do kupy za jedną, nawet najniższą, nawet pierwszą pensję. W 1989 roku miałem swoją małą działalność gospodarczą, ale równolegle poszedłem do pracy do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Moja pierwsza miesięczna pensja (która nie zmieniła się przez 12 miesięcy) wynoisła 47.500 zlotych. Dolar kosztował 9500. Nie zarabiałem więc nawet pięciu dolarów. Moi koledzy niekoniecznie mieli swoje firmy - w koncu nie każdy musi być "przedsiębiorczy" jakoś musieli za to zyć. Na trampki stan smith musieli wtedy pracować prawie rok. Wczoraj zapłacilem za nie 349 złotych. Trudno mi wysłuchiwać tych, którzy pletą brednie jak to wszystko źle, że wszystko na gorsze i że młodzi mają trudny start. A ja miałem łatwy?



12. Możliwość zarabiania pieniędzy, zdobywania doświadczeń, bycia wolnym również od niewoli ekonomicznej była dla nas blogoslawieństwem. Uszom nie wierzę jak słucham jakim to przekleństwem jest dla wielu konieczność wyjazdu za pracą i robota na zmywaku w Londynie. Wszyscy byliśmy z tzw. inteligenckich domów, wszyscy na studiach. Stanie na bazarze w śnegu i słońcu byc może nie bylo na miarę naszego wykształcenia. I być może dla Ojczyzny też byloby lepiej gdybyśmy w tym czasei konstruowali statki kosmiczne - ale robiliśmy to co bylo można aby dać wolność sobie, potem swoim rodzinom. I tak niechcący zbudowaliśmy kapitalizm i daliśmy wolność nawet tym co woleli wtedy i dzisaij spać do południa. 
Bo wolność jest w Tobie i nie dziw się, że jeśli jej  tam nie znajdziesz - nie będziesz wolny. Ale to już Twój wybór. 


środa, 7 maja 2014

Highway to hell

Modny ostatnio wątek wypadków drogowych. Media pełne pijanych kierowców. Ale i nie pijanych. Piratów. Oburzenie. Politycy wsłuchani w głosy wyborców dają wyraz. Trosce. Pochylają się nad problemem. Zero tolerancji dla piratów. Padają pytania. Jak długo jeszcze Katylina, tfu, przejęzyczenie ... jak długo jeszcze niewinni ludzie będą zakładnikami drogowych morderców? Pochyleni, zatroskani i pytający premier i ministrowie. Ale na słowach nie poprzestaną. Czują ciężar i jarzmo odpowiedzialności. Hmmm .... widzę jednak pewien brak konsekwencji. 
1. Platforma Obywatelska wystawia jako kandydatkę do Europarlamentu panią Otylię Jędrzejczak.
2. Pani Otylia Jędrzejczak kilka lat temu jadąc szybko tam gdzie trzeba bylo jechac wolno, wyprzedzając tam gdzie nie powinna, zabiła człowieka.


3. Ogromna osobista tragedia, bo był to jej brat. Zgoda. Straszne. Dla niej to na pewno robi różnicę, ale jakie to ma znaczenie brat czy nie brat. Człowiek zginął bo widać nie zjadła snickersa i zaczęła gwiazdorzyć - niestety na jezdni. Jest sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności, że nie zginął nikt więcej.  Zwykłe ludzkie wspóczucie nie może zmieniać oceny stanu faktycznego. Swoim stylem jazdy wiozła śmierć. Zabiła człowieka. Sąd uznał jej winę. Została skazana. To, że wyrok był niski to premia za medale. Kowalski dostałby pięć lat. Medalistka 9 miesięcy prac społecznie użytecznych. Ale wysokość kary nia ma tu znaczenia. Akurat wierzę, że karę będzie nosic w sobie do końca życia.



4. Czy miała się powiesić? Wstąpić do klasztoru? Zapaść pod ziemię? Ależ skąd. Każdy ma prawo do błędu. Każdy ma prawo aby mu zapomniano i wybaczono. W jej przypadku udało się i jedno i drugie. I bardzo dobrze. Ale tym razem nie o Otylię Jędrzejczak chodzi.
5. Jak można jednym tchem w uniesieniu bulwersować się piractwem drogowym i zgłaszać na funkcję publiczną drogowego zabójcę? Rzygać mi się chce na myśl o takich standardach. Pani Otylia może występować w reklamach  - bo to wybór marki, z kim chce wiązać swój wizerunek. Może być gwiazdą gali, vivy i śniadaniowej - jeżeli tam będzie miała coś ciekawego do powiedzenia to sam chętnie posłucham. Może tamże wypowiadać się, że tęskni za bratem. Jak są amatorzy takiej lektury - na zdrowie. Że tęskni wierzę. Że musi o tym mówić w wywiadach w stylu pudelka to jej wolny wybór. I dla pewności powtórzę - nie o nią tu chodzi, akurat na nią trafiło i chcąc nie chcąc stała się egzemplifikacja pewnej sytuacji. I ta sytuacja jest bardzo prosta - nie życzę sobie aby w życiu publicznym, państwowym w roli modeli osobowych, autorytetów, a takimi są osoby wysuwane do zaszczytów i reprezentacji, występowali ludzie mający na sumieniu drogowe zabójstwa, z winą uznaną i udowodnioną przez sąd. To nie jest żaden hejt, a jeżeli już to kierowany do tego idioty, który na taki pomysł wpadł. Dziwię się, że komuś mogła przyjść do głowy taka kandydatura.