środa, 25 czerwca 2014

Chcem byc selebrytom.

Dobrze. Przyznam się. Zazdroszczę. Ścianki? Nie. Długie stanie i błyskanie po oczach mnie męczy. Stałej obecności w Gali, Vivie, na Pudelku i Na językach? Nie. Lubię trudniejsze wyzwania. W czasie mojego życia korporacyjnego zaliczyłem i okładkę Pulsu Biznesu i rozkładówki w Rzepie. Jak zacząłem grać w polo zaznałem sławy większości kolorowych magazynów - nic z tego nie wynika, dla mnie osobiście lekkie żenua. Obecnie unikam.  Że niby lekka dobrze płatna robota, co to nie orzą i nie sieją jako ptacy niebiescy? Po pierwsze żadna lekka - jakby mi ktoś kazał codziennie "bywać" na "pokazach" "luksusowych marek", otwarciach "salonów", galach "wręczania prestiżowych statuetek" nie ma takich pieniędzy, za które bym to zrobił. Po drugie z tą płatnością - uwierzcie, nie ma karkulacji - z bycia selebrytom przez trzy do pięciu sezonów (to już max)  nie da się dożyć do emerytury, a obciach przy wertowaniu kartek i screenshotów sprzed pięciu lat zostaje na zawsze.
To czego zazdroszcze to możliwość bycia kim się chce. Selebryta może być kim mu się zachce i to od razu. Może na przykład zostać aktorem - aktorką już jest Monika Pietrasińska a ma zostać Patrycja Pająk. Może zostać modelką - tutaj ikoną branży jest Natalia Siwiec. Może zostać piosenkarką - tu lista jest długa. Może zostać projektantem mody. Stylistą. Kreatorem. Mody, fryzur lub stylu. Wszystkim może być. Kiedy chce może się przebranżowić z modelki w aktorkę, z piosenkarki w projektantkę. 
Mnie się głupiemu wydawało, że przypisanie sobie jakiejś profesji powinno mieć jakiś związek z wymiarem ekonomicznym takiego przypisania. Jestem fryzjerem, strzygę ludzi, płacą mi za to, w zasadzie robię tylko to, albo robię i inne rzeczy ale żyje z nożyc i grzebienia - ok, to rozumiem. jestem fryzjerem. Jeżeli mi ma w czymś pomóc ewolucja słowna zakładu w kierunku studia, fryzjera w kierunku kreatora i fryzur w kierunku hairdo, ok też rozumiem. Mam też wiele zrozumienia dla artystów sztuk pięknych - obrazu jeszcze żadnego nie sprzedali, ale jeżeli mają faktycznie w piwnicy kilkadziesiat płócien czekających na odkrycie (oby za życia) chapeau bas! Niech tam się przedstawiają "jestem malarzem". 
Ale co fakt zrobienia sobie dwustu półgołych zdjęć, z zasady publikowanych jedynie na własnym fejsie, od święta zdobiących kalendarz marki opon lub buldożerów wg twórczego schematu ona goła, opcjonalnie lekko umazana smarem siedzi w kabinie dźwigu, a obok cztery felgi i łyżka koparki , za którą to sesję" dostała 1000 złotych i zwrot kosztów dojazdu do Kielc, a "kontrakt" tego rodzaju trafia jej się trzy razy w roku - takie osiągnięcie chyba, czy ja wiem, nie upoważnia do nazywania się modelką? Okazuje się, że upoważnia. I jeżeli zainteresowana ogłosi się, że jest modelką a na pytanie czym się zajmuje odpowiada "z pozowania" - a da się z tego żyć? "hihihihih, no wiesz, nie bardzo" - to żyjacy z opisywania selebrytów zgodnie przykładowo potwierdzą: modelka Natalia Siwiec.
Czy projektant mody, której nikt nie chce kupować. Ani w przeszłości. Ani teraz. Albo nawet sprzedaje rocznie pięć kompletów żakiecików w zaprzyjaźnionym butiku bez nabijania na kasę fiskalną, to nie może się nazywać jakoś inaczej? Znaczy on projektant i YSL też projektant? My projektanty? No kurna, nie ukrywam że zazdroszczę.
Czytam, że Jola Rutowicz już bez różowego konia podejmuje próbę powrotu do szołbiznesu - wnioskuję zatem, że już w nim była. Rodowicz robi w szołbiznesie i Rutowicz. My dziewczyny z szołbiznesu. No to chyba pani Maryli trochę głupio - może liczyć co najwyżej na to, że o niej napiszą Gwazda a o Joli gwiazdka, ale  jak na 45 lat kariery i zylion sprzedanych płyt to chyba mało?
Aktorstwo. Ach!. Być jak John Malkovich albo chociaż być jak Monika Pietrasińska. 
Czy ja też mogę być aktorem? Chciałbym i moim zdaniem zasługuję. Mam może trochę wintedżowe ale za to osiągnięcia. W 1985 ze spółdzielni studenckiej Plastuś dostałem zlecenie na noszenie szaf w telewizji. Na korytarzu zaczepił mnie pan piąty reżyser i w jakimś słusznym ideologicznie serialu wojennym,  gniocie potwornym, dostałem rolę - na wypłacie było napisane "faszysta trzeci".
Najbardziej zdrowo zazdrościć jest talentu. To taka zdrowa zazdrość. Zazdroszczę Blechaczowi. Zazdroszczę Lewandowskiemu. Obu bez złości, zawiśći i złych intencji bo przecież ani piłkarzem ani pianistą nie jestem. Ale najbardziej zazdroszczę ludziom renesanu - ludzi wielu talentów gdy czytam, że ktoś jest modelką, prezenterką, aktorką i projektantką w jednym to siadam i płaczę. 
To, że ktoś kocha autopromocję rozumiem. To, że ma prawo do złudzeń, że coś z tego wyniknie jego prawo. Może nawet wynika. Kwestia punktu odniesienia. Jeżeli modelka-prezenterka-aktorka pochodzi z Dziędzielina Dolnego, to dla koleżanek, które zostały w domu i pracują na poczcie, możliwość darmowych posiłków na promocji szamponu jawi się jako sukces. Koleżanka z poczty może nie rozpoznaje podorobionych torebek LV i rolexów z Tajlandii. Ale czemu panie i panowie żurnaliści uczestniczą w tym cyrku i próbują nas przekonać abyśmy dołączyli?   
 

wtorek, 17 czerwca 2014

Ą i ę

Okropna jest ta hipokryzja na temat formy. Co do tresci rozumiem, ze nie bedzie jednej interpretacji - dla jednych "odpowiedzialni funkcjonariusze Panstwa", dla innych "polityczna mafia", ale co do formy? Przeciez wszyscy w prywatnych rozmowach w cztery oczy uzywamy takich form ekspresji jak panowie Belka i Sienkiewicz. I nie tylko mezczyzni. Kobiety moze innych, ale jednak. Nie wierze, że Panie Kolenda i Olejnik nigdy w prywatnej rozmowie nie okreslily zadnej "kolezanki" okresleniem "glupia cipa" (zamiast głupi ch...) , nie odnotowaly, ze inna "kolezanka" ma grubą dupę (zamiast małego ch..ka), nie skomentowały czyjegoś stanu emocjonalnego kolokwializmami w rodzaju "chyba ją\jego poje...ło/osrało względnie popier...ło" . Jeżeli wierszowane powiedzenie ch... d... i kamieni kupa kogoś oburza, to musi żyć na księżycu. Powiedzonka w rodzaju sranie w banie, chuje-muje dzikie węże  i inne podobne każdy zna i każdy raz na 100 rozmów ich użyje. Może nie na przyjęciu u ambasadora, ale przy wodeczce może się zdarzyć. Mamy mundial więc analogia futbolowa. Po sukcesach polskich piłkarzy w latach 70-tych ukazała się komiksowa opowieść o tychże. Na obrazkach cudnej urody, na których Robert Gadocha srzelał na bramkę i piłka trafiała w słupek, dymek z "pomyślał sobie" unosił się nad głową bohatera ze słowami "a tak niewiele brakowało do szczęścia" - nie było mnie przy tym, ale jestem pewien, że pomyślał i pewnie powiedział coś zupełnie innego, bliższego sążnistemu k...a mać. W tym samym czasie zrobiono eksperyment i na ligowych stadionach zamontowano mikrofony kierunkowe. Biedni piłkarze co chwila gryźli się w język komentując zagrania rywali, niecelne podania partnerów i decyzje sędziów. Pani Kolendzie wydaje się, że jak dwóch facetów umawia się, że podstawią nogę trzeciemu to omawiają to słowami z ą i ę. Po części. Roman Bratny kiedyś dodefiniował to tak: pełna kultura, ą i ę. Pardą pierdolę. Życie.

środa, 4 czerwca 2014

Na 4 czerwca - wolność a moje trampki.

Tekst dedykuje mojemu synowi Maciejowi, który  zbiegiem okolicznośći właśnie teraz ostatecznie został dorosłym, broniąc pracę magisterską. 


Moja wolność nie przyszła 4 czerwca 1989 roku. Przychodziła pomalutku, małymi kroczkami przez całe lata 80-te. Przychodziła, powiedziałbym - w punktach. 

1. Zaczęło się od muzyki. "Płyta z zachodu" to było marzenie. Pierwsze dwie kupiłem sobie w wieku 12 lat. Deep Purple. Machine Head i Fireball. Teraz myślę, że ważniejsza od wytloczonych na niej kawałków była wolność wyboru tego ulubionego i puszczenie sobie go kiedy się chce. 
2. Płyty były jednak drogie i jedynym sposobem aby mieć do nich dostęp okazało się mieć ich nie pięć czy dziesięć a sto. W wieku 14 lat zostałem jednym z kilkudziesięciu handlarzy muzyką, którzy sprowadzali płyty, wymieniali płyty, kupowali płyty i sprzedawali płyty. Najpierw na Wolumenie. Potem na Spójni. Potem w soboty na Spójni a w niedziele na Skrze. Od 17 roku życia nie miałem wolnego weekendu. Ale miałem płyty. I wolność ułożenia sobie z nich repertuaru wg własnego uzania. 
3. Potem były ciuchy. Nie chciałem się ubierać w to szare barachło, które rynek handlu uspołecznionego rzucał od czasu do czasu na rynek. Modnie było co prawda ubrać się w abnegackie moro i buty z jedność łowieckiej, ale dżinsy, tenisówki, koszulki polo - to już "musiało" być "stamtąd". 
Moi rodzice zarabiali po 30 dolarów miesięcznie. Dżinsy kosztowały 20. Adidasy, te prawdziwe - nie mniej niż 40. Te bardziej wypasione bo ze skory a nie z ceraty nawet dwa razy tyle. Sprawy potoczyły się identycznie jak z płytami. Wysiłek pozwolenia sobie na oryginalne tenisówki z zachodu był tak wielki, że nie miałem wyboru - zostałem handlarzem butów, ciuchów, sprzętu sportowego. Daleko mi było do remebertowskich tuzów, ale w skali Skry i Spójni, razem ze Sławkiem, Jankiem i innymi mieliśmy całkiem zgrabne stoiska, z asortymentem dynamicznie dopasowywanym do potrzeb rynku. Z inwestycjami w stoliki i łóżka polowe. Z podziałem ról. Pobudka szósta rano. Albo nawet bez spania bo przecież z Hybryd, Parku czy Remontu wracało się o piątej. Autobusem z plecakami i torbami. Rzadziej pożyczonym od rodziców maluchem. Z czasem własnym maluchem. Od pucybuta z pospiesznego A do milionera w 126p. Żadnego wolnego w weekendy między 6 rano a 16. Przez pół liceum i całe studia. Ale ta praca oznaczała wolność. Wolność od 30 dolarów miesięcznie moich rodziców bo sam zarabiałem 100. Dla 19 latka w 1982 to jak dzisiaj 10 tysięcy złotych. Król życia. Wolność od szarości Praca, która pozwalała wymienić wysilek i pomyslowość na kolorowy świat i ograniczoną , ale jednak przynależność do lepszego, wolnego świata. Status symbole tej wolnośći to było 50 złotych na zapłacenie kortu, nawet codziennie jak przyszła ochota (oczywiście w dni powszednie) rakieta tenisowa Donnay i adidasy grand prix. Powiew zachodu. Kiedy zaczęły się pojawiać grandprixy produkowane na licencji w Bułgarii od razu przestały być cool. Liczyły się te made in west germany. Od biedy francuskie. W 1984 kupiłem sobie po raz pierwszy adidasy stan smith - drogie były cholery bo cale ze skóry. Takie same kupiłem sobie wczoraj. I dało mi to do myślenia. A myślę sobie tak ... 
4. Wejście w posiadanie "zachodniej rzeczy" to było przeżycie. W każdym aspekcie. Pudełko. Polska ludowa, w której byłem przekonany, że "tak będzie zawsze" siłami przemysłu socjalistycznego nie potrafiiła wyprodukować ani takiej tektury, ani równo jej przyciąć, ani zadrukować. Jak mówił nieco wczesniej towarzysz sekretarz "Gdybyśmy mieli cienką blachę moglibyśmy eksportować więcej konserw ale nie mamy mięsa". Nie tylko butów takich dla polskiego nastolatka Polska ludowa zrobić nie umiała. Już przy pudełku zaczynały się schody.



5. Dokładnie tak jak dzisiaj, po otwarciu pudełka ukazywały się ... buty? - zapytacie ... gdzie tam. Butów owiniętych w delikatną jak poranna mgła bibułkę widać nie było. Jeżeli kiedykolwiek w zyciu zaobcowałem z pojęciem luksusu rozumianym jako absolut to było właśnie wtedy. Taka ekstrawagancja! Pomyślcie! Jakiś nieznany mi człowiek, wyprodukowane dla mnie buty, za które wdzięczny mu byłem i za kolor i jakość skóry i nawet sznurówek, za model, za design, za wszystko ... zechciał się jeszcze tak natrudzić, że do tych butów dodawał pudełko i zawijał te moje status-symbole w muślin bibułki.



6. Jak wszystko stamtąd, moje nowe adidasy Stan Smith pachniały. Zapachem nie osiągalnym w domach towarowych centrum. Tu cuchnące pcv relaksy. Tam poezja zapachów skóry zatopionej w gumowej podeszwie adidasów, pumy i dużo później nike. Zupelnie odwrotnie niż w wierszu "tam bezrobocie , strajki, głód - tu praca, natchniony traktor". Zapach wolności.



7. Moja wdzięczność do kapitalisty, który te buty wymyślił, wyprodukował i swojej łaskawości zechcial sprzedać byla tak wielka, że umykało mojej uwadze, że bylem wówczas dzikim żyjacym w dżungli. Obiektem pożądania były dla nas, dzikich śmieci stamtąd. Dzieci dumnych Polaków, co to pod Kircholmem i Samosierrą. Dzieci rodaków Kopernika i Curie Sklodowskiej w ramach hobby kolekcjonowały a to (oczywiśćie puste) paczki po papierosach, puszki po cocacoli, z butelek po koniaku kurwazje kurwawypije robili w prezencie dla rodziców lampy na zajęciach zpt, dziewczynki układały w klaserach opakowania po czekloladach lindt, vanhouten i cadbury. Do tej samej kategorii pożądanych śmieci należało moje pudełko. Prędzej by mi ręka uschła niż bym je wyrzucił. Pudełko po zachodnich trampkach służyło latami jako użyteczny pojemnik na zdjęcia, skarpetki, domowe rachunki. Duża wygoda. Kto miał takie pudełko nie musiał jeździć do Ikei, której przecież nie było, aby kupić sobie designerskie segregatory - miał pudełko z zagranicznej, równo przyciętej i równo zadrukowanej tektury. Był czlowiekiem zachodu.     
8. Za posiadanie tenisówek stan smith i pudełka po nich nie wsadzano do więzienia, ale ich obecność w moim życiu była jawną kontestacją systemu. Systemu, który miał trwać wiecznie. Systemu, w którym wybór polegał na akceptacji szarości lub szukaniu sposobów ucieczki ze świata relaksów, programu I polskiego radia i kolekcji domów centrum. Nie wiedziałem tego wtedy, ale wiem teraz, że na tych bazarowych stoiskach i w słuchawkach na uszach przy swojej damie pik, a potem msh 101, uczyłem się wolności a raczej zarażałem się nią. Nikt mi nie powie czego mam słuchać. Nikt mi nie będzie mowił jak się mam ubierać. Nikt mi nie będzie ograniczał możliwości zarabiania i wydawania na to co w danej chwili dla mnie najważniejsze. 
9. Nie czułem wtedy, że robię coś wyjątkowego. Wielu moich kolegów działało na tych samych zasadach. W kilku jechaliśmy weekendowym świtem z gratami na bazar. Na miejscu spotykaliśmy takich samych jak my. Dziwili mnie raczej ci , którzy tego nie robili. Każdy mógł. Próg wejścia był najniższy z możliwych, a właściwie go nie bylo. Za handlowanie płytami na bazarach i klubach studenckich nic nie groziło. Perskie jarmarki, wolumeny, spójnie i skry były jedynymi w Polsce specjalnymi strefami ekonomicznymi - wolno było w zasadzie wszystko. Nikt nie sprawdzał ile płyt, par trampek, dżinsów, paczek papierosów czy butelek piwa (bo nasze stoisko było wielobranżowe) sprzedałem przez weekend. Podatków od tego nie było. Zacząć można było od plecaka piwa warka po 3,50 kupowanego w supersamie o siódmej rano  i sprzedawanego po dychu na Skrze.  Możliwości rozwoju były nieograniczone. To my w liczbie kilkudziesięciu, więc ciężko przyporządkować sytuację jednej osobie daliśmy narodowi pierwsze kurtki puchowe sprzedawane na giełdzie narciarskiej na Okrąg. Jakie Gosie Baczyńskie i Zienie? To w połowie lat 80-tych połowa warszawskich celebrytów i tych "co się liczyli" towarzysko jechała na narty w puchówkach uszytych przez Sławka, Janka, Marcina, mnie i jeszcze kilku. To był dopiero dyktat mody. Koszule zapinane w skos, Kozaki muszkietery. A nawet wkład w język i kulturę. Wierzcie lub nie ale to nasza grupa kilku warszawskich handlarzy, i znpwu może to byłem ja, a może Sławek, a może Marcin - wymyśliła polskie określenie na velcro czyli ... rzepy, sprzedając pierwsze zapinane w ten sposób buty puma.
10. Wtedy zrozumieliśmy, że wolność to stan umysłu. Nasza wolność nie była zupełna, ale była oceanem w porównaniu z sadzawkami, w których siedzieli nasi rówieśnicy, którzy woleli wtedy spać w sobotę do 11 i gardzili nami "handlarzami". Niemal wszyscy, którzy stali ze mną wtedy upał i mróz na bazarze jakoś się w życiu ustawili. Może i sprytem. Ale przede wszystkim pracą. Przez sześć lat studiów każdy weekend bylem na bazarze i każdy dzień powszedni robiłem w spółdzielni plastuś. I w oczach moich kolegów byłem "bogaty". 
11. Kiedy oglądam dzisiaj moją nową, siódmą a może dziewiatą parę takich samych tenisowek stan smith myślę sobie, jak długą drogę przeszliśmy i jak to dobrze, ze dla dzisiejszego nastolatka ich zakup nie jest już wydarzeniem, a pudełko trafia na śmietnik. Że może sobie je kupić, podobnie jak dżinsy i puchową kurtkę - wszystko razem do kupy za jedną, nawet najniższą, nawet pierwszą pensję. W 1989 roku miałem swoją małą działalność gospodarczą, ale równolegle poszedłem do pracy do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Moja pierwsza miesięczna pensja (która nie zmieniła się przez 12 miesięcy) wynoisła 47.500 zlotych. Dolar kosztował 9500. Nie zarabiałem więc nawet pięciu dolarów. Moi koledzy niekoniecznie mieli swoje firmy - w koncu nie każdy musi być "przedsiębiorczy" jakoś musieli za to zyć. Na trampki stan smith musieli wtedy pracować prawie rok. Wczoraj zapłacilem za nie 349 złotych. Trudno mi wysłuchiwać tych, którzy pletą brednie jak to wszystko źle, że wszystko na gorsze i że młodzi mają trudny start. A ja miałem łatwy?



12. Możliwość zarabiania pieniędzy, zdobywania doświadczeń, bycia wolnym również od niewoli ekonomicznej była dla nas blogoslawieństwem. Uszom nie wierzę jak słucham jakim to przekleństwem jest dla wielu konieczność wyjazdu za pracą i robota na zmywaku w Londynie. Wszyscy byliśmy z tzw. inteligenckich domów, wszyscy na studiach. Stanie na bazarze w śnegu i słońcu byc może nie bylo na miarę naszego wykształcenia. I być może dla Ojczyzny też byloby lepiej gdybyśmy w tym czasei konstruowali statki kosmiczne - ale robiliśmy to co bylo można aby dać wolność sobie, potem swoim rodzinom. I tak niechcący zbudowaliśmy kapitalizm i daliśmy wolność nawet tym co woleli wtedy i dzisaij spać do południa. 
Bo wolność jest w Tobie i nie dziw się, że jeśli jej  tam nie znajdziesz - nie będziesz wolny. Ale to już Twój wybór. 


środa, 7 maja 2014

Highway to hell

Modny ostatnio wątek wypadków drogowych. Media pełne pijanych kierowców. Ale i nie pijanych. Piratów. Oburzenie. Politycy wsłuchani w głosy wyborców dają wyraz. Trosce. Pochylają się nad problemem. Zero tolerancji dla piratów. Padają pytania. Jak długo jeszcze Katylina, tfu, przejęzyczenie ... jak długo jeszcze niewinni ludzie będą zakładnikami drogowych morderców? Pochyleni, zatroskani i pytający premier i ministrowie. Ale na słowach nie poprzestaną. Czują ciężar i jarzmo odpowiedzialności. Hmmm .... widzę jednak pewien brak konsekwencji. 
1. Platforma Obywatelska wystawia jako kandydatkę do Europarlamentu panią Otylię Jędrzejczak.
2. Pani Otylia Jędrzejczak kilka lat temu jadąc szybko tam gdzie trzeba bylo jechac wolno, wyprzedzając tam gdzie nie powinna, zabiła człowieka.


3. Ogromna osobista tragedia, bo był to jej brat. Zgoda. Straszne. Dla niej to na pewno robi różnicę, ale jakie to ma znaczenie brat czy nie brat. Człowiek zginął bo widać nie zjadła snickersa i zaczęła gwiazdorzyć - niestety na jezdni. Jest sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności, że nie zginął nikt więcej.  Zwykłe ludzkie wspóczucie nie może zmieniać oceny stanu faktycznego. Swoim stylem jazdy wiozła śmierć. Zabiła człowieka. Sąd uznał jej winę. Została skazana. To, że wyrok był niski to premia za medale. Kowalski dostałby pięć lat. Medalistka 9 miesięcy prac społecznie użytecznych. Ale wysokość kary nia ma tu znaczenia. Akurat wierzę, że karę będzie nosic w sobie do końca życia.



4. Czy miała się powiesić? Wstąpić do klasztoru? Zapaść pod ziemię? Ależ skąd. Każdy ma prawo do błędu. Każdy ma prawo aby mu zapomniano i wybaczono. W jej przypadku udało się i jedno i drugie. I bardzo dobrze. Ale tym razem nie o Otylię Jędrzejczak chodzi.
5. Jak można jednym tchem w uniesieniu bulwersować się piractwem drogowym i zgłaszać na funkcję publiczną drogowego zabójcę? Rzygać mi się chce na myśl o takich standardach. Pani Otylia może występować w reklamach  - bo to wybór marki, z kim chce wiązać swój wizerunek. Może być gwiazdą gali, vivy i śniadaniowej - jeżeli tam będzie miała coś ciekawego do powiedzenia to sam chętnie posłucham. Może tamże wypowiadać się, że tęskni za bratem. Jak są amatorzy takiej lektury - na zdrowie. Że tęskni wierzę. Że musi o tym mówić w wywiadach w stylu pudelka to jej wolny wybór. I dla pewności powtórzę - nie o nią tu chodzi, akurat na nią trafiło i chcąc nie chcąc stała się egzemplifikacja pewnej sytuacji. I ta sytuacja jest bardzo prosta - nie życzę sobie aby w życiu publicznym, państwowym w roli modeli osobowych, autorytetów, a takimi są osoby wysuwane do zaszczytów i reprezentacji, występowali ludzie mający na sumieniu drogowe zabójstwa, z winą uznaną i udowodnioną przez sąd. To nie jest żaden hejt, a jeżeli już to kierowany do tego idioty, który na taki pomysł wpadł. Dziwię się, że komuś mogła przyjść do głowy taka kandydatura. 
 

środa, 26 marca 2014

Gdyby Kafka żył ... pisałby o Wydziale Komunikacji

1. Jezeli cos mnie doprowadza do białej gorączki w moim pięknym kraju, tu dygresja: i właśnie za nie-podjęcie wątku i nie-rozwiązanie problemu uważam, że Janusz Palikot traci na wiarygodności, bo kiedyś szefował Komisji mającej elimninować absurdy usrywające życie obywatelom i nie zrobił w tej sprawie nic - koniec dygresji - jest proces rejestrowania pojazdów mechanicznych i cała urzędowa mitręga z tym związana. 
2. Przez lata żyłem w świecie z bajki, bo ostatni raz rejestrowałem sobie samochód w 1987 roku. Potem mieszkałem za granicą ale ... nie wiem czy w Italii było to prostsze czy trudniejsze, bo kupowałem samochody prosto z fabryki (pracowałem dla Fiata) i fabryka mi je rejstrowała od a do z. A jeszcze potem miałem auta najlepszej marki czyli "służbowe" a jeszcze potem w leasingu. Ale rzeczywistość mnie dopadła.
3. Nie będę Was wprowadzał we wszystkie szczegóły operacji "kupiłem sobie auto zza oceanu". Wystarczy opowiedzieć, że aby je sobie zarejestrować: zapisałem się na godzinę w Urzędzie komunikacji. Przybyłem na miejsce i okazało się, że zapisanie się "na godzinę" i punktualne przybycie nie oznacza bynajmniej wzajemności Urzędu. Pół godziny opóźnienia. Drobiazg. Pan urzędnik starannie przeanalizował dokumenty, przyznajmy: skomplikowane, bo auto wjechało do Unii w Niemczech, ale w końcu on ma się na tym znać. Z zegarkiem w ręku 20 minut odpowiadałem urzednikowi "co ma tam napisane". Aha - powiedział, po czym oświadczył, że pójdzie skonsultować to z kierowniczką, której jak się domyślam tłumaczył to przez kolejne 20 minut. Czasu jednak nie marnował, bo w mędzyczasie najwyraźniej przeszedł kurs ekspercki w dziedzinie poligrafii i z radością podzielił się ze mną swoim odkryciem - jedno z tłumaczeń przysięgłych było "kolorową kopią" a nie oryginałem. Nie wiem. Nie znam się. Może. Takie dokumenty dostałem od sprzedającego. Urząd pozostał nie wzruszony. Zgodził się uprzejmie procedować, pod warunkiem, że doniosę nowe tłumaczenie. To będzie jakieś 200 zlotych.  
3. Następnie urząd poinformował mnie , że badania techniczne, tzw. pierwsze w kraju, zrobione w momencie przyjazdu auta do Polski, kilka miesięcy temu są oczywiście nieważne, bo  ... przepisy się zmieniły. Innymi słowy służba z uprawnieniami państwowymi czyli stacja przeglądów technicznych wystawiła mi kilka miecięcy temu dokument, potwierdzający dane pojazdu i jego stan techniczny, postawiła pieczątki, zainkasowała pieniądze i okazuje się, że to wszystko było ... nieważne. To tak jakby unieważnić zmianą przepisów dyplomy, akty notarialne, uprawnienia. Nic. Brniemy dalej. 
4. Pan urzędnik wręczył mi komplet czerwonych tablic i tymczasowy dowód na te tablice, abym sobie pojechał na stację diagnostyczną i zrobił sobie te badania jeszcze raz (to chyba będzie ze 200 złotych). Jak już będę miał to nowe tlumaczenie przysięgłe i nowy przegląd techniczny mam wrócić do urzędu, aby urząd, albo Urząd (w końcu jesteśmy w świecie Kafki) wydał mi tablice czarne, ale oczywiście tzw. dowód rejestracyjny będzie znowu tymczasowy, po ten właściwy wrócę sobie znowu po miesiącu. Plus 500 za recykling i 270 za rejestracje.
5. Mieszkam na wsi. Do Urzędu mam 18 km. Przyjechałem tam dziś i spędziłem dwie godziny. Teraz podjadę do jakiegoś tlumacza, pewnie w Warszawie, to będzie 35 km. Potem na ten przegląd. Załóżmy w uproszczeniu, że Pan Diagnosta łaskawie dopuści auto za pierwszym podejściem. Potem się umówię na wizytę nr 2 do Urzędu. Optymistycznie zakładam, że trafię do tego samego Pana Urzędnika, bo jeśli nie to może znowu analiza dokumentów w ponownej konsultacji z Panią Kierowniczką zajmie kolejną godzinę. Potem jeszcze jedna wizytka po odbiór ostatecznego dokumentu. Każda z tych wyprawa pól dnia.  
Są to jawne szykany obywateli. Wszystko zaprojektowane i wykonywane tak, aby na każdym kroku skubnąć parę złotych. Recykling, czasowa rejestracja, pełna rejestracja, przegląd, itd. 
7. Przy okazji pobytu na stacji diagnostycznej z innym autem dowiedziałem się o jeszcze jednej pięknocie. Macie nowe auto. Kolejny przegląd techniczny dopiero za trzy lata. Potem wpadacie na pomysł aby w tym nowym aucie założyć instalację gazową. Nie zakłada wam jej szwagier na podwórku, ale zakład, który ma a. uprawnienia, za które Państwu zapłacił, b. instalacja ma homologację, za którą producent Państwu zapłacił, c. od operacji montażu i ty i instalator płacicie vat i dochodowy. Okazuje się, że samochód, nawet nowy, w którym nieopatrznie zalożycie instalację gazową musi stawiać się na przegląd co rok a nie dopiero za trzy lata. Mogliście o tym nie wiedzieć? Mogliście. Pan Instalator nie musi wam o tym mówić. Jak sobie bedziecie wbijać ten gaz do dowodu rejestracyjnego (czwarta wizyta w Urzędzie) też Wam nie muszą mówić, że kolejny przegląd będzie wymagany za 12 miesięcy. Ale pan policjant, który Was zatrzyma do przypadkowej kontroli może Wam zatrzymać dowód do Waszego np 13 miesiecznego samochodu, w krtórym macie gaz od roku  bo ... już od miesiąca Wasze auto nie ma ważnego przeglądu ... nie, nie, nie. Nie instalacji gazowej - całego auta. Ale to przecież czysta przyjemność zrobić sobie kolejny przegląd i kolejny raz wpaść do Urzędu aby odebrać nomen omen odebrany dowód.
8. Ja rozumiem, że ten cały system jest po to aby kilka milionów ludzi ze zrozumieniem i bez wrażenia , że plącą dodatkowe podatki płaciło jak najwięcej. No to niech tak zrobią, że im się za te przegądy, ten recykling, tę rejestrację, to wbicie haka, tę instalację gazu płaci, ale niech już nam darują to odwiedzanie Najjaśniejszego Urzędu. Dojazdy, godziny, czas ... Udręka. To przecież bandyckie wymuszenie w biały dzień. Ludzie kupują sobie urządzenia o wiele bardziej skomplikowane i kosztowne niż np. mój 8 letni saab, i nie muszą z tego powodu przechodzić przez tę gehennę. 9. Dlaczego telewizora, czy laptopa nie muszę oddawać do przeglądu co rok? Przerejstrowywać jeśli go komuś sprzedam? Są już kraje , gdzie auto ma JEDEN numer rejestracyjny przez cale swoje życie. Można? Można. Są kraje gdzie prawo jazdy to dokument wydawany po prostu na życzenie. Obywatel bierze na siebie odpowiedzialność za to czy umie, czy nie. Można? Można.  Zacznijmy do k... nędzy przynajmniej o tym mówić, że to mafia, skandal i złodziejstwo. 
9. Czy ktoś może mi wskazać polityka, na którego mogę zagłosować i on zacznie o tym głośno mówić i w końcu to załatwić?

piątek, 21 marca 2014

Ile mozna straszyć tym ruskim ?


Były sobie na Słowiańszczyźnie narody wielkie, silniejsze i lepiej od innych zorganizowane, których siła, kultura i sława promieniowała na inne pomniejsze, które cierpliwie czekały na swoją kolej. Tym sposobem wiele narodów ma do czego nawiązywać w historii. Swoje pięć minut mieli i Wielkomorawianie, których potomkami mienią się Czesi, i Ruś Kijowska, która musi obskoczyć co najmniej trzy narody: Ukrainę, Rosję i po części Białoruś, która ma do tego ten komfort, że zgodnie z demograficzną prawdą (każdy wybiera sobie taką prawdę jaka mu pasuje) potężna niesłowiańska Litwa, była słowiańska jak najbardziej - czytaj: białoruska, dawną chwała zyją i Bułgarzy i Serbowie, ale prawdą jest, że w historii Słowiańszczyzny dwa narody osiągnęły w czasach swojej dominacji pozycję wyjątkową. Polska, która była regionalnym mocarstwem przez lat czterysta bez mała i ... Rosja, która pałeczkę pierszeństwa Polsce wytrąciła z ręki aby ją potem podnieść i sobie zabrać. 

Jak to się stało, że Polacy dali dupy jest przedmiotem wielu opracowań. Nie zmienia to jednak faktu, że o ile pierwsze kilkaset lat sąsiedztwa to wyraźna przewaga Najjaśniejszej (Rzeczpospolitej) to od 350 lat pomimo chwilowych potknięć i porażek to Święta Matuszka (Rassija) jest tą silniejszą siostrą. Oprócz miliona zalet, mają Polacy tę wadę, że pomimo upływu lat nijak przetrawić tej okoliczności nie mogą. Wydaje się, że innym niegdysiejszym potęgom łatwiej przychodzi oswojenie się ze zmianami w układzie sił. Normalny, zdrowy Hiszpan nie opowiada przy stole o glorii czasów Izabeli Aragońskiej, Anglik już dawno wybaczył Amerykanom, że teraz to z ich angielszczyzną liczy się świat, uwiędły Le Grandeur nie spędza już snu z powiek Francuzom. Mało tego, wszyscy umieli sobie nawet ułożyć skomplikowane relacje z sąsiadami, ale nie my. 

Zdumiewa hipokryzja Polaków, którzy w swojej ocenie czynią zarzut Rosji z jej niemoralnej polityki, zbrodniczych czynów, imperializmu, itd. Nie bez powodu nasz wieszcz Sienkiewicz do życia Kalego powołał. Czym jak nie imperialną była polityka Jagiellonów? W skali mikro (ładne mi mikro na 1.200.000 km2) i makro: panowania jednocześnie w kilku królestwach.  


Obowiązkowa wrogość do Rosji eliminuje logikę z myślenia o historii i polityce. Lwowa i Wilna żal, ale ogólnie rozsądni ludzie są zgodni, że obecna formuła Rzeczpospolitej, bez konfliktów narodowościowych z Ukraińcami i Białorusami, bez sporów granicznych z Litwą, z ziemiami zachodnimi, które nie mają uroku kresów, ale w momencie ich przekazania Polsce miały za to drogi, koleje, porty, nowoczesne miasta i szereg innych zalet, sprawdziła się nieźle. Skąd się to wszystko nagle wzięło i jak to się porobiło nie wie nikt. To znaczy fakty są bezdyskusyjne, ale tym gorzej dla faktów. To, że wujaszek Stalin, co usta słodsze miał od malin uparł się i wytargował dla komunistycznej, okupowanej, zniewolonej, ale jednak Polski, od mających nas totalnie w dupie anglosasów, kawałek Prus przez głowę prawdziwych Polaków przejść nie może. Oczywiście, że nie robił tego z życzliwości, ani "dla" Polski. Ale to bez znaczenia. 

W polityce liczą się fakty a nie intencje. Los wschodniej granicy został rozstrzygnięty faktycznie 17 września 1939 roku, a i tutaj prawdziwy Polak pozostaje w mylnym błędzie, przypisując wyłączną zasługę w wytyczeniu  tej granicy marzeń towarzyszowi Stalinowi. Świat zachodni już od ponad 100 lat przyjmował za oczywistą taką właśnie wschodnią granicę polskości, obojętnie dla jak i czy wkrzeszonej ojczyzny Polaków. Ani Napoleonowi konstytuującemu Księstwo Warszawskie, ani Niemcom, Anglikom, Austriakom i ... oczywiście Rosjanom tańczącym w Wiedniu 1815 roku, ani zachodnim dyplomatom, których myśl odwzorował na mapie niejaki Lord Curzon nie przyszło do głowy aby Polska mogła sięgać za Bug. Przyjmowali oni wszyscy, że ewentualne wskrzeszenie Polski należy ograniczyć do (używając języka epoki kolonialnej) metropolii, podczas gdy "kolonie" w postaci nabytych ziem wschodnich już się Polakom nie przydadzą. Wybrzydzać można i należy, że Sowieci zabrali nam pół kraju, ale przypisywać im autorstwo tej koncepji to przesada. Proponuąc, a w zasadzie upierając się, że wschodnia granica Polski będzie na Bugu i ani kroku dalej, miał na to zupełną zgodę i zrozumienie szlachetnych, zachodnich rozmówców. Natomiast oddając ze swojej strefy okupacyjnej Niemiec, z której potem uczynił NRD ponad 1/3 aby powiększyć okrojona do kadłubka Polskę, czynić tak nie musiał. Po co to zrobił, dlaczego, itd. nie ma dzisiaj żadnego znaczenia, liczy się tylko tak zawstydzająca, że aż nie do wyartykułowania przez prawdziwego Polaka okoliczność - zachodnią granicę podarowali nam Sowieci. Jakby tej obrazy było mało, nie kto inny a Sowieci, byli JEDYNYM gwarantem tej granicy przez kolejne 45 lat, aż do momentu, w którym zmieniona Europa potrafiła pomóc w porozumieniu z nowymi, silnymi, zjednoczonymi Niemcami, i nie kto inny ale znowu ci sami Sowieci uparli się podczas rozmów zjednoczeniowych, że zachodnie granice Niemiec muszą zostać potwierdzone w kształcie poczdamskim - nie dla nas to robili, ale my skorzystaliśmy. 
Taka ironia losu - ostatnie 70 lat pokoju i 25 lat życia w wolnym kraju, w bezpiecznych, niezagrożonych granicach, bez konfliktów etnicznych zawdzięczamy również (jakbyśmy tego bardzo nie chcieli u nie umieli przyznać) również Rosji, której wpływ na kształt naszych granic był zasadniczy. 



Ciekawa jest refleksja na temat jednoznacznego utożsamiania się Rosji ze słowiańszczyzną (co chyba naturalne i psychicznie zdrowe) i konsekwentnego odżegnywania się od tejże przez Polskę (co dowodzi raczej aberracji umysłowej). Polak jak wiadomo, "czuje się" bliższy Francuzom i Anglikom, aniżeli jakimś tam pepikom, pastuchom z Bułgarii i Bałkanów, nie mówiąc już o Bolszewii. Chociaż podobno, jak by się nie odwrócić - dupa zawsze z tyłu, Polak od kilkuset lat upierał się, że on z tym Towarzystwem nie ma nic wspólnego. To piękny przykład strzelania sobie w kolano przez nasz dzielny Naród. "Słowiańskość" Rosji opłaciła się jej do dzisiaj. W starciu z Turczynem  i Niemcem, Rosję postrzegali jak siostrę i obrończynię Bułgarzy, Serbowie, ba - Czesi nawet. Rosja nawet nie musiała wiele robić, wystarczy, że oglaszała wszem i wobec, że "kocha" sowich braci Słowian i ich w biedzie "nie opuści". To wystarczało, aby ją tam kochano. Polska natomiast ze swoją pańską wyniosłością i szpanerską "zachodniością" budziła politowanie i wzruszenie ramion. Swoją drogą szlagier "My Słowianki" to jakiś ewenement - od lat, a w zasadzie od nigdy nie widziałem w Polsce mody na bycie Słowianką. My, Słowianie - to mogą śpiewać Czesi (ich pieśń narodowa), w każdym powiatowym mieście w Czechach jest hotel Slovan, ale nie u nas. U nas bycie Słowianinem to obciach. Czy Polska dobrze na tym wyszla ? Hmmm ..... 


Historia stosunków w trójkącie Polska Rosja Ukraina przypomina, że Rosja długo i cierpliwie pracowała nad odciągnięciem Ukrainy od Polski. Teraz modnie jest wymądrzać się, że Rosja bez Ukrainy już nie może być mocarstwem. Dla XVII wiecznej Polski okazało się podobnie. Polska bez Ukrainy przestała być mocarstwem a raptem 70 lat po sojuszu Kozaków z Moskwą mocarstwem stała się Rosja. Najciekawszy jest jednak wątek dyplomatycznych i propagandowych starań Moskwy aby do skłócenia Ukrainy z Polską doszło. Kłócili się Kozak z Lachem a zyskał na tym Moskal. 
Dokładnie tak samo mają się sprawy teraz. Komuś zależy aby kogoś skłócić. Rosja bez Ukrainy nie może być mocarstwem? Być może. Ale jaką potęgą gospodarczą, polityczną i militarną mogłyby stać się pogodzone i dogadane ze sobą Rosja i … Polska? Niech się Polska wiecznie boczy na Rosję, wiecznie jej ubliża, wiecznie wyciąga waśnie sprzed kilkudziesięciu i kilkuset lat. Tymczasem my Francuzi będziemy Rosji budować statki. Jaki piękny przykład przyniósł rozwój wypadków na Krymie. Zatopiony przez Rosjan stary krążownik Oczakow był zbudowany w … Polsce. Polska już nie buduje statków Rosji, robią to inni. Niech użyteczni idioci, wiecznie gotowi ujadać na Rosję stoją na straży aby do zgody nie doszło. Tymczasem my duńscy farmerzy będziemy sprzedawać ruskiemu mięso. Kiedyś w Rosji zagraniczna firma budowlana znaczyło firma z Polski. Budimexy, Instalexporty i inne polskie firmy budowały w Rosji drogi, rurociągi, koleje … Na szczęście dla „prawdziwych patriotów” to se ne vrati . Teraz buduje kto inny. Trochę z Turcji. Ale też z „naszej” Europy. Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze …
Im mniej Polski w Rosji tym lepiej dla tych , którzy chcą tam być. Ukraina i Krym dostarczyła wygodnego pretekstu, aby Polska znów najgłośniej ujadała. Już było nieźle, już byliśmy w ogródku, już relacje szły w zbyt dobrym kierunku. Tymczasem na zachodzie, tak „zachwyconym” polską niezłomnością zaczynają padać niewygodne pytania. O to czy ten podły Putin nie ma trochę racji, kiedy mówi, że w Kijowie w rządach bierze udział skrajna prawica, którą może i na wyrost , ale niewielki nazywa pieszczotliwie faszystami? Za chwilę zrobi się głupio bo ukraiński król okaże się może nie nagi, ale w lekkim negliżu. Swoboda i Prawy Sektor to nie tylko prawicowe i nacjonalistyczne bydlaki, ale również jawni wrogowie polskości. Konflikty o cmentarz Orląt? To było małe miki w porównaniu z tym co teraz urządzą. Ja rozumiem, że „prawdziwy Polak” musi nienawidzić  ruskich, ale … nasze nagłe oficjalne rzadowe uwielbienie dla Ukraincow przypomina czasy 1968 roku kiedy podczas hecy antyzydowskiej i poparcia przez kraje tzw obozu socjalistycznego arabów w wojnie z Izraelem, Antoni Słonimski na słowa Gomółki , ze polscy Zydzi musza sie zdecydowac, ktorej ojczyznie slużą powiedział: Ja rozumiem, ze mamy miec tylko jedną Ojczyznę ale dlaczego to ma być Egipt? Skąd nagle mamy akurat kochać Banderowców? 
Pół roku temu Ukraina była jasno i wyraźnie w strefie wpływów Rosji. I nikomu to nie przeszkadzało. Teraz Rosja próbuje coś sobie z tych wpływów uratować, bo już całości chyba nie da rady i jest to cassus belli. To pół roku temu nie było powodu aby iść z nimi na wojnę a teraz jest?
Putin wujaszek samo zło? Być może. Ale na razie innego nie będzie. Sąsiadów się nie wybiera. Są jacy są. Można z tym zrobić co się da i wyciągnąć maksimum korzyści możliwych do osiągnięcia w danym momencie. Można też mieć z tego tytułu same kłopoty. Dla zasady aby ruskiemu zagrać no nosie. Samo zło. No może jednak nie samo? W 1989 odpuścili. Polską granicę z Niemcami w traktacie zjednoczeniowym poparli. Wojska grzecznie z Polski wyprowadzili. Do Katynia się przyznali a Putin przełknął żabę i przeprosił. Nie zdarzyło się ani razu aby gaz czy ropę zakręcili. Obroty handlowe z roku na rok rosną. Nasi przedsiębiorcy sprzedają tam coraz więcej. Bilans się poprawia. Dosyć tego dobrego. Po kilku miesiącach tupania Zachód odpuści. Krym zostanie tak czy owak zalegitymizowany. Ukraina będzie bardziej niezależna od Rosji niż Putin by chciał ale mniej niż sama być sobie tego życzyła. Nam miłość do młodej ukraińskiej  demokracji osłabnie, bo sami Ukraińcy skonstatują, że od manifestowania trzeba wrócić do roboty, a pieniędzy nie ma, chyba, że te „dane” przez Zachód lub Rosję i wszystko okaże się mniej szlachetne. Ale ruski zapamięta, kto mu naubliżał najmocniej. Pamiętacie historię o dwóch takich, którzy idąc dróżką zobaczyli leżące gówno? Antek, założę się o pięć stów, że ty tego gówna nie zjesz – mówi jeden. – Jak nie zjem? Za pięć stów? Jasne , że zjem. I zjadł. Józek mu pięć stów wypłacił. Nazajutrz idą znowu a tu gówno leży. Antek pyta – A ty Józek to gówno zjesz za pięć stów? – A jakbym miał nie zjeść- honornie odpowiada Józek. I zjadł. I pięć stów dostał. Kiedy następnego dnia idąc razem zobaczyli kolejne gówno zadumali się. – Coś mi się Józek wydaje, żeśmy te gówna za darmo zjedli. Smakowalo ? Nie? No właśnie. To się dziwię.

poniedziałek, 3 marca 2014

z ostatniej chwili! Putin przegrywa na wszystkich frontach.

 

Aby wyrobić sobie opinię na temat wpływów i potęgi świata zachodniego, które mogłyby być użyte przeciw Rosji, zadzwoniłem do mojego zakonspirowanego kontaktu w NATO.
- Czołgi na ulicach Krymu, okręty kierują rakiety w stronę ukraińskich instalacji wojskowych, Ruscy rozbrajają ukraińskich żołnierzy jak chcą. Czemu Zachód pozostaje bierny?
- Nic bardziej błędnego. Naciskamy na Putina całą mocą i jego sytuacja nie jest do pozazdroszczenia. Widać wyraźnie, że zaczyna gubić się w krzyżowym ogniu naszych działań. - Konkretnie jakich? Mój rozmówca zniżył głos - to są sprawy tajne - wyszeptał. Szczególnie zależy nam na utrzymaniu w tajemnicy strategii nacisku. Będą to kolejne przemyślane kroki, z których każdy będzie logiczną konsekwencją poprzednich. Ale to co już zrobiliśmy do tej pory mówi wszystko o naszej determinacji. - To już coś zrobiliście? - Oczywiśćie. Najpierw wykorzystaliśmy zaawansowane technologie komunikacyjne i prezydent Obama odbył wideorozmowę z Putinem. Jak mówi przysłowie "raz zobaczyć to więcej niż sto razy usłyszeć" i Putin nie może udawać, że nie widział jak Obama wyraźnie pogroził mu palcem. W porównaniu z niegdysiejszymi rozmowami telefonicznymi to o niebo mocniejszy środek nacisku i nie zawahaliśmymsię go użyć. - To imponujące, ale czy to wystarczy? - Nie wystarczy. I dlatego prezydent Obama w odpowiedzi na chaotyczną odpowiedź Putina, że Rosja rezerwuje sobie prawo interwencji w ochronie swoich interesów, z całą mocą podkreślił, że również rezerwuje sobie prawo tak częstego grożenia palcem przez ekran jak będzie tego wymagała sytuacja. Widziałem zapis tej telekonferencji i wiem, że na Putinie zrobiło to duże wrażenie.
- Poślecie tam wojsko? - Nasze wojska już są tam gdzie być powinny i Putin zdaje sobie sprawę z tego, że jeżeli zechce posunąć się chociażby o kolejne 1200 km lądem lub 600 km morzem to napotka na formacje naszych sojuszników w Polsce i Turcji i to skutecznie powstrzymuje jego zakusy. Z resztą w dzisiejszych czasach mamy dużo skuteczniejsze środki nacisku, głównie gospodarczego i na nich się skupimy. 
- Czyli sankcje gospodarcze! Konkretnie jakie? - Po pierwsze namawiamy kraje członkowskie do zaprzestania importu wódki rosyjskiej. Po drugie rozmawiamy z producentami filmowymi, aby w kolejnym odcinku Bonda, agent nie zamawial już rosyjskiego kawioru z jesiotra i zadowolił się norweskim ersatzem z ryb łososiowatych. To na początek, ale myślimy o kolejnych krokach. Gdyby sankcje nałożone na kawior nie wystarczyły, pomyślimy o produktach pierwszej potrzeby. Mamy tu pewne pozytywne doświadczenia, z czasów kiedy podczas wojny w Iraku amerykańskie restauracje wykreśliły z menu french fries, zastępując je liberty fries. Putin z pewnością pamięta, że Francja do tej pory liże rany po tej zdecydowanej akcji. - Zalecicie wstrzymanie importu ropy i gazu? - Poważnie rozważamy ten krok, ale decyzję podejmiemy dopiero po analizach ekspertów. Niewykluczone, że gwałtowne wstrzymanie importu ropy mogłoby doporowadzić do załamania produkcji świec, które zalecamy wystawiać w oknach jako moralną formę nacisku, z którego rezygować nie chcemy, a jak wiadomo świece robi się z ropy naftowej. To z resztą pokazuje zagubienia Putina, który jest skazany na porażkę. Wysyłając nam ropę de facto wspiera ruchy moralnego protestu - mój rozmówca wydawał  się być zadowolony z tego sprytnego rozwiązania.
- To wszystko ? - Ależ skąd! Wdrażamy program sankcji w całych branżach przemysłu. Zaczęliśmy od przemysłu filmowego, z którym Putin musi się liczyć. Amerykańskie  kino akcji to ważna część repertuaru rosyjskich kin i telewizji i Rosja nie może pozwolić sobie na konflikty na tym polu. Mocne słowa naszych aktorów, które padły podczas gali Oskarów wyraźnie podkopały morale rosyjskich wojsk. Niewykluczone, że pójdziemy za ciosem i poprosimy ulubieńców rosyjskiej widowni Stevena Seagala i Chucka Norrisa aby wzięli udział w kolejnej telekonferencji Obamy z Putinem i również pogrozili mu palcem a nawet uderzyli na wizji pięścią w stół.
- Czy należy spodziewać się zaczepnych działań ofensywnych? - Ależ one już trwają - oburzył się mój kontakt. - Jesteśmy obecnie w fazie ofensywy dezinformacyjnej, która jest wojną agentów wpływu namierzoną na dezinformację przeciwnika i mamy już pierwsze sukcesy. Putin wydaje rozkazy militarnych działań swoim wojskom, które te wykonują, mało tego, może to sobie potem wyczytać w meldunkach a nawet zobaczyć w telewizji jak jego okręty blokują, uzbrojeni po zęby komandosi zajmują, czołgi kręcą lufami a transportery dowożą posiłki a tymczasem my na konferencjach polityków i w mediach wciąż zadajemy pytanie czy użyje wojska i naradzamy się co zrobimy gdyby użył. Dla Putina musi to być cios i prestiżowa porażka, że żadne z jego działań zbrojnych nie zasłużyło sobie na taką nazwę. Co innego robi a co innego słyszy od nas i musi być kompletnie zagubiony. Nic dziwnego, że idzie dalej od porażki do porażki. To zagubienie doskonale dostrzegła kanclerz Merkel, która zauważyła, że Putin już jest jakby "oderwany od rzeczywistości". Sam się przecież nie oderwał - to wynik naszej ofensywy. 
- Co jeszcze może zrobić świat zachodni? Do zrobienia jest wiele. Obecnie pracujemy nad minami naszych polityków, ktorzy korzystają z porad doradców wizerunkowych i intensywnie ćwiczą eskalację wariantów. Od miny "troska", poprzez "poważne zaniepokojenie" do "oburzenia".  Z ciekawymi propozycjami wychodzą nasi sojusznicy. Francja na przykład zagroziła odcięciem rosyjskich oligarchów od Lazurowego Wybrzeża a nawet (sezon zimowy wciąż trwa) od Courchevel. Putin dwa razy się zastanowi zanim zdecyduje się zrezygnować z Saint Tropez na rzecz Sewastopolu. Francuzi są w tej sprawie bardzo pryncypialni i stawiają rzecz jasno - żadnej żonie, córce ani kochance Putina czy jego dworzan nie zostanie sprzedana więcej niż jedna torebka Louis Vuitton, jedna para butów Louboutin i jedna chustka Hermes. Mają z resztą w tej sprawie duże doświadczenie, bo jak wiadomo, córki, żony i kochanki dyktatorów arabskich i afrykańskich nigdy nie mogły lczyć na pobłażliwość w tej kwestii. 
- To faktycznie dużo. Co z naciskami dyplomatycznymi? Podobno w 1994 roku Anglia i USA razem z Rosją zagwarantowały Ukrainie bezpieczeństwo w zamian za rezygnację z broni jądrowej. Jak zamierzacie wypełnić to zobowiązanie? - Dziękuję za to pytanie, bo ta sytuacja najlepiej pokazuje naszą determinację. Nie spoczniemy póki tego zobowiązania nie wypełnimy. Już kiedyś w Jałcie czyli na Krymie, w podobnym składzie umówiliśmy się  z Rosjanami, że wspólnie gwarantujemy przeprowadzenie w Polsce, Cechoslowacji i jeszcze kilku krajach wolnych wyborów i już po 40 latach to się stało. Słowo jest słowo. Jesteśmy również w stałym kontakcie z dyplomacją watykańską. Wiemy, że Ojciec Święty już się modli za pokój na Ukrainie ale nasi wysłannicy próbują nakłonić Jego Świętobliwość aby modlił się jeszcze mocniej i wydaje się, że w tym zakresie są spore rezerwy. 
- Dziękuję, bardzo mnie Pan uspokoił.