poniedziałek, 28 grudnia 2015

Hodowla baranów

Będą dawać na dzieci. Historię już znacie. Najpierw na wszystkie. Potem na drugie. Potem na drugie ale tylko wtedy jeżeli to pierwsze nie ma jeszcze 18 lat. czyli jak Pierwsze i drugie mają np. 18 i 19 to na trzecie już nie. Potem "bogaci powinni się wstydzić, jeśli wyciągną rękę po te pińcet". Potem już jawnie, że tylko dla najbardziej potrzebujących. I tu pojawia się pytanie: potrzebujących czego? Pewnie są potrzebujący na dziecko 200 tysi aby je wychować i wykształcić na lekarza albo architekta. Albo tacy, którzy są  w potrzebie posłania dziecka na Harvarda. Ale by się nasz narodowo katolicki rząd, który pragnie dla nas dobrze uśmiał, gdyby mu zasugerować że bogaci mogą mieć większe potrzeby na dzieci niż biedni, i że akurat dla nas wszystkich, niewykluczone, że byłoby lepiej gdyby pomagać tym pierwszym.
Zdaniem pomysłodawców potrzebujemy dzieci. Dziecko to takie małe różowe. I jak dać po pińcet to się ich urodzi więcej. I Ojczyzna na tym skorzysta. Otóż błąd. Ojczyzna potrzebuję więcej dorosłych do pracy, do obrony, do płacenia podatków. Dziecko to dopiero początek drogi. Przedsiębiorca transportowy wie, że koszt zakupu ciężarówki to około 5% jego kosztów związanych z działalnością i od ceny zakupy dużo ważniejsze jest czy to dobra ciężarówka, ile na nią można załadować, ile lat posłuży, ile kosztować będzie jej eksploatacja, ile pali i to wszystko w ujęciu np. lat dziesięciu. Dziecko może kosztować Ojczyznę pińcet, ale aby tej Ojczyźnie się przydawało, to dobrze aby je wykształcić. Za setki tysięcy.
Dobrze, że nie jestem politykiem, bo mogę powiedzieć rzeczy na jakie żaden polityk w życiu by się nie odważył. Mianowicie to, że wszystko jest dokładnie odwrotnie niż się wydaje.
Życie pokazuje, że biedni nie potrzebują na dzieci. I tak mają ich dużo. Może faktycznie trzeba im pomóc. Może faktycznie zarabiają za mało. Może faktycznie to nie fair, że kasjerka w supermarkecie ma zarabiać 1500 złotych - jeżeli jest takie przekonanie, że należy jej pomóc, zmieniając strukturę płac, skale podatkowe, dając zapomogi, itd. To niech to się dzieje. Ale po co robić ludziom wodę z mózgu i wymyślać do tego karkołomną argumentację, że to niby na dzieci?
Ojczyzna nie  potrzebuje więcej różowych bobasków które za te pińcet będą miał lepszą kaszkę i słodsze banany (to w wersji demo) albo prędzej ich rodzice zmienią 10-letniego Matiza na 8-letniego Lanosa (to się wydarzyć może w realu). I jakby to brutalnie nie brzmiało Ojczyzna niekoniecznie domaga się aby te wyczekane były dziećmi kasjerek i ochraniarzy. Ojczyzna  potrzebuje więcej dorosłych wykształconych dzieci z tzw. dobrych  domów i te kosztują setki tysięcy złotych, ale potem i korzyść z nich idzie w miliony. Politykowi przez usta nie przejdzie, a już na pewno nie populiście, że Ojczyźnie bardziej potrzebni są lekarze i architekci, bo tych musimy sobie wyhodować sami, niż kasjerki i ochraniarze, bo tych można sobie sprowadzić w dowolnej ilości ze świata. Gdyby naprawdę chodziło o dzieci to ktoś to powinien głośno powiedzieć, że celem jest pięciodzietna rodzina przemysłowca a nie pięcioro dzieci sklepowych. Bo ten obrzydliwy bogaty daje rękojmię ich wychowania, opłacenia studiów, kontynuacji rodzinnego biznesu dającego pracę sklepowym. Ojczyzna potrzebuje więcej dzieci od rodziców, którzy przekazują tradycję zawodu. Pan chirurg z panią pediatrą powinni mieć warunki do wychowania pięciorga dzieci, które poślą na medycynę, ale ich nie dostaną bo ... wszyscy mamy takie same brzuchy.
Polityka demograficzna nie polega na tym aby dawać wszystkim, którzy umieją wsadzić i wyjąć/wypiąć tyłek tylko na tym, aby stymulować jakość przyszłych pokoleń. Mieliśmy już kilka razy okresy, kiedy stolica była w Berlinie i pan kanclerz planował, że należy nas hodować tylko na robotników rolnych. Potem stolica była w Moskwie i towarzysz Gensek domagał się, aby siłą przewodnią był sojusz robotniczo-chłopski.
Teraz będziemy  już sami, narodowi i niepodlegli się hodować. Taka piątka dzieci mecenasa, lekarza, architekta czy przemysłowca mogłaby nie daj Boże jak dorosną  zagłosować nie po myśli. A solidne narodowo katolickie wychowanie szkoła-kościół-strzelnica z zaznaczeniem, że szkoła podstawowa i starczy to jest dopiero przyszłość Narodu.
Aha... napisałem, że żadne polityk nie odważyłby się tak tego ująć? Błąd. Premier Singapuru, w ten sposób rekomendował politykę demograficzną rządu. Bo Singapur potrzebuje ludzi wykształconych. My jakichkolwiek.

piątek, 22 maja 2015

Wybory Miss.

Wybory i polityka w Posce skladaja sie z trzech rownoprawnych elelementow, a przynajmniej tak wynika z komunikatow mediowych. Wygrac i zdobrywac punkty mozna w trzech kategoriach: sondaże, debaty i wybory właściwe. 
Najwyzej cenione są oczywiście sondaże, bo tutaj  punktów można nastrzelać najwięcej. Przez trzy mieciące przed wyborami własciwymi (tylko jeden punkt do zdobycia)  biorąc pod uwagę liczbę sondażowni pomnożoną przez liczbę kanałów telewizyjnych "wg naszego sondażu" razy liczba gazet "lub czasopisma" Komorowski wygrał ok. 375 pkt. Punktów za debatę wtedy nie zdobył, bo i po co miał w niej brać wtedy udział mając przewagę 375 do ewentualnego 1 , jaki to punkcik mógł sobie zdobyć kto tam chciał. Potem sobie przegrał w pierwszej turze, ale to daj mu dalej wynik 375 do raptem 2. 
Wygrywanie sondaży jest jak wielokrotne szczytowanie. Można co chwila zostawać prezydentem, albo kim tam się jest w sondażach. Wiadomo, że do ołtarza na przysięgę prezeydencką tylko raz, ale co sobie pobzykasz wcześniej to twoje. 
Teraz też idzie jak burza i podobno już wygrał dwie debaty. Wynik wyborów właściwych jest w tej sytuacji już bez znaczenia i drodzy wyborcy PBK możecie już jechać na majówkę. Już wygrał, a przynajmniej prowadzi 377 do 2 i nic już mu nie odbierze zwycięstwa.   
Podnieceni żurnalisci zarzucają nas komunikatami "kto wygrał sondaż" i "kto wygrał debatę" i nijak ich to nie przejmuje, że już parę razy jakoś im się machnęło .. takie piękne sondaże i taki mizerny wynik.  
Pociesza to przegranych , ktorzy na polu sondaży i wyników debat wypadają doskonale. Jak traktor z zepsutym jednym kołem  u Laskowika, o którym można było co prawda powiedzieć, że traktor z trzema kołami jest do dupy, ale przecież można też powiedzieć, że ma trzy doskonale sprawne koła ... Trzy dobre!!! 
Wynik wyborów właściwych to też tylko formalność. Po każdych wyborach dziennikarze odczekają dla przyzwoitości ok. dwóch tygodni aby ogłosić sondaż "gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to zwyciężyłby ..." i tu zazwyczaj zwycięża ten (lub ci), który wlaśnie przegrał - czyli wygrał bo wciąż prowadzi np. 377 do mizernych 3. Oczekiwanie na kolejny sondaż po wyborach jest jak obstawianie kiedy puszczą jingle bell. Przeważnie po wszystkich świętych, ale czasem nawet w październiku. 

piątek, 13 marca 2015

Kupa smiechu. Z przewagą kupy.

Wzmożenie moralne w natarciu. Po napiętnowaniu rozpusty posiadania dmuchanych lalek przez redaktora telewizji przyszła pora na odkrycia obyczajowe z kręgów pań do towarzystwa, roboczo nazywanych modelkami. Dynamika dyskusji zapewne poprowadzi do znalezienia poręczniejszej nazwy. Podpowiedzią mogłaby tu być ewolucja kibiców w kominiarkach w kierunku pseudokibiców. Podejmowane próby przyklejenia im łatek bandytów czy po prostu chuliganów nie udały się - zostali pseudokibicami. 

Internetowe publikacje o pseudomodelkach (pamiętajcie, że byłem pierwszy z tą poręczną nazwą) pozwoliły autorytetom obyczajowym w osobach kryształowo moralnych komentatorów na odkrycie rzeczy na niebie i na ziemi , o których im się nie śniło. Po pierwsze poraziło ich zjawisko prostytucji. Czuć w tym poziom i wyrafinowanie, bo tylko ludzie na co dzień latający na niższym pułapie znają najsuchsze z sucharów, w rodzaju zagadek: - Co robią norki aby mieć młode? - To samo co robią młode żeby mieć norki. Redaktor Korwin-Piotrowską zjawisko zakoczyło. Niespodziewana konkurencja dla programu Mamy Cię! zaskoczyła zaskoczonych również tym, że przy odpowiednio dobrej cenie, prawdziwemu fachowcowi można zlecić każde zlecenie a ten (ta) się podejmie.

Moralnie wyższa redaktor wczytała się z wypiekami i czuć między wierszami, że własnie woń pobudziła ją do zajęcia stanowiska. W końcu aby news był newsem musi mieć w sobie zapach nowości. Gdyby bohaterki tej offowej wersji Mamy Cię! ( a właściwie ich agentka zwana przez nieżyczliwych burdelmamą bo to ona prowadziła uzgodnienia techniczne) zatrzymały się w negocjacjach na robieniu loda to byłaby nuda i banał, ale na szczęście pojawiła się nowa jakość. Pierwsze odwiedziny w redtubie bawiąc uczą, że tematów, rubryk i wątków (zwanych przez wzmożonych moralnie - dewiacjami) jest tam tysiąc i ciekawe byłoby dowiedzieć się, które bulwersują na tyle, aby się oburzyć, a które nawet redaktor Korwin-Piotrowskiej spowszedniały na tyle, że szkoda komputer odpalać. Ale widać jako jedyna  w świecie nigdy żadnego pornosa nie widziała.

Moralne wzmożenie w temacie budzi zdziwienie właśnie z powodu, że to odgrzany kotlet, bo to przecież już wszystko było. Ale widać jak ktoś się lubi ucieszyć z nośnego tematu to skorzysta z okazji  - kupa śmiechu ,z przewagą kupy. 

Nie będę się tu specjalnie wyzłośliwiał nad redaktor Korwin-Piotrowską. Przyznaję, że z definicji nie mam specjalnego szacunku dla osób, które zawodowo zajmują się krytykowaniem cudzego życia, ale specjalnych emocji to we mnie nie budzi. Tak się złożyło jednak, że jej komentarz wydał mi się reprezentatywny dla pewnego sposobu myślenia, który dotyka moich - ujmując to patetycznie - wierzeń, zasad i wartości. I na ten temat chciałem się kilka razy zdziwić.

Po pierwsze:
Nie wydaje mi się, aby prywatne, osobiste wybory osób czym się zajmować w życiu, nawet lataniem do Dubaju powinny być przedmiotem niezdrowego zainteresowania.
Autorom prowokacji nie służyły wyższe cele (jak deklarują) , bo gdyby tak było wystarczyłoby wypunktować inicjały - zainteresowane rozpoznałyby się, zamglić zdjęcia i ewentualnie wysłać ostrzeżenie do bohaterek prowokacji, a nawet szerzej - do wszystkich "podejrzanych". Może wtedy uratowaliby kilka owieczek. 

Po drugie:
Redaktorkę najbardziej  zbrzydził zapach. A mnie brzydzi, że komentarze potoczyły się w kierunku ukamieniowania głupich, chciwych, zdemoralizowanych i co tam jeszcze chcecie , ale jednak zagubionych w swoich wyborach życiowych mlodych dziewczyn, podczas gdy przestępcami są pan konsjerż, który (szczwany lis) broń boże nie bierze za stręczycielstwo, a jedynie za ... wynajem autokaru i rezerwację restauracji i ta skromna usługa będzie kosztować jedynie kilkadziesiąt tysi i pani burdelmama, która handluje personelem zgadzając się w imieniu swoich sponsorettes na wszystko -  ale oni jakoś zniknęli z celownika.

Po trzecie:
Ludzie robią gorsze rzeczy niż zgoda na hipotetyczne zachcianki bogatego klienta. Kradną. Sprzedają przyjaciół. Wystawiają dupą do wiatru. Oszukują, doprowadzają innych do bankructw a w konsekwencji nawet do samobójstw. Ale wiadomo, że to są zwykle sprawy bogato zniuansowane i nie działąją tak łatwo na wyobraźnię. Nawet jeżeli kurwa jest kurwą to jej napiętnowanie wydaje mi się płytkie i zbyt łatwe, a na pewno dla kogoś, kto ma ambicje komentowania rzeczywistości jako oceniający i moralizujący publicysta. Każdego zresztą brzydzi co innego. Mnie na przykład polowanie na bogatego męża, a jak nikt fajny się nie trafia to niech będzie niefajny - może być nudny, średni wyglądem i wzrostem byle miał na moje torebki i buty - to się jakoś przemęczę ... Po szejku trzeba się porządnie umyć i wystarczy ... a z "ukochanym" trzeba się męczyć i patrzeć codziennie w lustro ... Pani redaktor może zna takie przypadki?
Autorzy prowokacji pojechali po bandzie pokazując twarze i nazwiska - to takie proste skopać 20-latkę z małego miasta, która przyjechała robić wątpliwą karierę w stolicy z oknem na świat, taki jaki jej się wydaje atrakcyjny. Nie ma łatwiejszego celu. I tu przechodzimy do właściwego tematu mojego zestawu refleksji - galaktycznej hipokryzji oburzonych, bo ...

Po czwarte:
Dlaczego tak potępiać tak elastyczne i w pełni profesjonalne podejście bohaterek do swojej kariery? Że kurwy? No może i kurwy, ale przecież może trochę pobędą tymi kurwami, a potem przestaną? Że żadne z nich modelki? Ooo, przepraszam. Pani redaktor widać nie wie, że obok modelek "tych prawdziwych" co to na wybiegach u Armaniego i na rozkładówkach w Vogue, istnieje kategoria "bikinimodels" czyli takich co to głównie wypinają tyłek, a tytuł modelki przysługuje im dlatego, że czasem udaje im się wziąć udział w płatnej sesji "opony a obok nich ona nago" lub "ona wysmarowana smarem na koparce" nie mówiąc o różnych odmianach ckm. I jak już się jest taką bikini model to może się z czasem zagra w jakimś soft porno? A potem może się uda wyjść za jakiegoś przedsiębiorcę? Na przykład własciciela klubu nocnego? Właściciele klubow nocnych to zazwyczaj święci ludzie i nigdy ( a już na pewno nie mężowi pewnej  słynnej "modelki" co wy wiecie a ja rozumiem) nie zdarza im się organizować żadnycnh baletów, odpoiwadać na pytania kolegów czy nie mają jakichś cennych kontaktów, nie mówiąc o imprezach zamkniętych. Z pewnością wsród gwiazd ckm i światowych bikinimodelek z Miami jest masa porządnych dziewczyn - może trzy. Albo nawet pięć do sześciu. Ale w skali świata to niewiele.   Na pewno jest taką porządną dziewczyną jedna z gwiazd masowej wyobraźni, promowana przez telewizję , od której bierze bez obrzydzenia pieniądze pani redaktor. Pani redaktor pewnie wie, że ta jest z tych "prawdziwych modelek" i "porządnych" bo zainteresowana sama jej to powiedziała. No to jak tej jednej się udało i teraz jest szanowaną koleżanką z pracy pani redaktor to może i tym dać szansę? Może trochę się pokurwią a potem przestaną? W końcu ktoś musi za te kilka lat zasiadać w jury. Jeżeli pani redaktor jest tak rozkochana w prawdzie i w obnażaniu to życzliwie sygnalizuję, że błędy młodości pomagają w zdobywaniu kwalifikacji nie tylko do zasiadania w jury jako "modelka". Można też np. zapowiadać pogodę. Możliwości jest wiele jak podpowiadali dziewczynom do wzięcia kawalerowie. Jestem jednak za tym aby dawać drugą i trzecią szansę - zdarzają się takie, co i matkami zostaną i karierę zrobią i za politykę się wezmą ... I bardzo dobrze, że akurat tych moralnie pobudzeni się już nie czepiają ... ale może ich młodszym koleżankom też by odpuścić? 



Po piąte:
Oprócz zapachu, redaktorkę oburzyło "podszywanie się" pod szlachetny zawód modelki.  Że niby jakim prawem swoim postępowaniem obrażają te prawdziwe. Z tymi prawdziwymi też różnie bywa. Rozczaruję panią redaktor. W latach 90-tych pracowałem z Moskwie. Z tzw. nowymi ruskimi. Na polski - miliarderami. Byłem osobiście świadkiem, jak zamawiali "na kolację" top of the top z okładek Vogue. Przylot z Nowego Yorku i kolacja ze śniadaniem. Cena odpowiadała jakości. Chętne były. Zgoda - jest to rzadsze zjawisko. O rząd wielkości. Ale nie znaczy, że nie występujące. Swoją drogą ciekawe skąd redaktorka czerpie wiedzę na temat prowadzenia się tych "pradziwych" - może od swojej koleżanki z pracy - w końcu to autorytet :)

Po szóste:
Zupełnie nie rozumiem, po co dla zwiększenia efektu moralnego wzmożenia odnosić (oczywiście krytycznie) do wyglądu bohaterek. Akurat w tej dziedzinie pani redaktor zachowuje daleko idącą wstrzemięźliwość w odniesieniu do wielu koleżanek, które ją otaczają w mediach wizualnych, gdzie ingerencja w kacze dzióbki,  gładkie czoła i pierś dumnie podaną do przodu jest normą. Jednym się podoba, innym nie. Jedni lubią kremy inni wolą dżemy. Takie czasy. Ale proszę dla równowagi oburzyć się powtarzalnością kształtu ust swoich koleżanek, wieczną młodością masek pań z "lepszego" towarzystwa to  wtedy i wiarygodność recenzji będzie wyższa. Nie? No właśnie.

Po siódme:
"Modelka" to fajny zawód. Wystarczy sobie napisać na fejsbuku zawód: modelka i już. Pytanie tylko czy jeżeli z równą łatwością ludzie przedstawialiby się jako fizycy jądrowi, bo tak im się wydaje, to czy byliby jako tacy zapraszani do telewizji, gazet i na ścianki. 
Te "modelki" pozostałyby nimi tylko dla siebie i grona pięciuset znajomych na fejsbuju, gdyby nie promowali ich jako takich pani pracodawcy. I to pani nie brzydzi? Nie oburza? Wymieniona z nazwiska Angelika siła wdarła się do telewizji aby udawać, że umie grac na gitarze? Czy ktoś na to wpadł i ją zaprosił? Na te eventy ze ściankami przemycają ją bramkarze? A panowie z agencji fotograficznych robią im zdjęcia za karę? A potem udaje im się te zdjęcia sprzedać, bo przecież z tego żyją? Nie brzydzi Pani, że ktoś robi na siłę gwiazdę z tej czy innej kurwy jak je pani (trafnie) nazywa? Nazywając ją modelką? I jeszcze na tym zarabiając? Przecież to pani pracodawcy wypromowali różne Natalie, Angeliki, Patrycje i Moniki. I nikogo tam u Was nie zdziwiło, że wyglądają za 50.000, mają na sobie tylko za 10.000 (bo to podróby) ale z "bycia modelką" zarobiły w ostatnim roku podatkowym, za zdjęcie na koparce i wśród opon 1500 pln? I nikt nie obejrzał nigdy żadnego profilu fejsbukowego czy instagramowego, z którego średnio intelignetny riserczer powinien wiedzieć już wszystko? Że zdjęcia z wypiątą pupą, wciąż na plaży, na żadnym zdjęciu nie ma mężczyzny bo zapewne podróżują same - albo (ale nie ... to chyba niemożliwe) ten kto zdjęcie zrobił woli się nie pokazywać, a i "modelka" na zdjęciu nie może przecież pokazywać kolejnych narzeczonych - chyba jednak bidulka podróżuje sama .... itd. To, że to nomen omen "świeże mięso"  do znudzenia i wyrzygania zapełnia strony i ekrany, za które pani pracodawcom płacą reklamodawcy też nie oburza? Musiało dopiero kupą zapachnieć? Heloł? 

Na koniec jeszcze anegdota z życia wzięta. Ilustrująca klimat przyzwolenia na zjawisko.

Modna resturacja kilka lat temu. Otwarcie ogródka. Duże wydarzenie towarzyskie, na którym są tzw. wszyscy. Jedni stoją. Ci lepsi siedzą. Duże okrągłe stoły - przy tych centralnie położonych wiodące pary krajowego biznesu. Mężczyźni sukcesu i ich żony. Jeden stolik na osiem osób wolny, ale nie na długo. Pojawia się kolejne gorące nazwisko biznesu.  Z kolegą i ... sześcioma "modelkami". Szczęsliwie rozwiedziony trzy razy więc może pochwalić się swoją pasją do hurtowej ilośći młodych kobiet z dużą ilośćią makijażu i na bardzo wysokich obcasach. - Chwila konsternacji i .... nic. Wyobrażam  sobie, że na podobnym wydarzeniu towarzyskim w Paryżu czy Londynie, damy od stolików obok, jeżeli chciałyby tymi damami pozostać winny wstać, zakomunikować, że - chyba zaszło rtu jakieś nieporozumienie, bo my w tym towarzystwie bawić się nie będziemy, i ... wyjść. Ale nie tutaj. Bo tutaj wciąż wszystkie pieniądze są nowe, a że nie ma innych, każde są dobre. No więc, jeśli te Panie nie wychodzą, pani redaktor z tego powodu uwagi im nie zwraca, to całe wzmożenie moralne wypada słabo.


- Z kogo się śmiejecie? - Z samych siebie się śmiejecie. Gogol.



poniedziałek, 19 stycznia 2015

Nie będzie Szwajcar pluł nam w twarz

W Polsce dobrym, szlachetnym i godnym troski, opieki i współczucia może być tylko ubogi. Najlepiej doświadczony przez los chorobami swoimi i bliskich. Dobrze też jeżeli pokończy pseudostudia na powiatowej uczelni a potem trwa w uporze, że nie po to kończył "studia" aby pójść do roboty jako kelner i to 30 km od domu. Pochyli się nad nim Elżbieta Jaworowicz. Powspółczuje FAKT. Pokażą w Uwadze!
Taki, który coś ma jest podejrzany z klucza. Bo już samo chcenie mania jest be. Jak ma to wiadomo, że się nakradł. I nie chce się podzielić. A powinien. Jak chce mieszkać w widnym, czystym i na swoim to od razu się zdradza, że dorobkiewicz, oportunista i leming. Aż się prosi aby los dał mu po łapach. Pan Bóg nierychliwy ale sprawiedliwy. Wreszcie się tym bogaczom dostało. Na szarańcze w naszym klimacie nie ma co liczyć. Ziemia się nie trzęsie. Pożary straż pogasi, z resztą beton się nie pali. Ale Pan Bóg umiał znaleźć bicz na bogatego co to grubszy od wielbłąda i się  przez ucho igielne nie przeciśnie. Plaga 2015 ma na imię frank szwajcarski. 
Zdrowa większość ma używanie. Wreszcie przyszła kryska na 600 tysi Matysków. Bo, że to bogacze to wiadomo. Zamiast skromnie żyć w tych swoich Radomskach i Włoszczowych, pracować na poczcie za 1200, do metropolii im się zachcialo, kariery robić, dostać robotę za 3500, wejść w związek z drugą połówką, co też 3500 wyrabia i wspólnie pazerni tacy uradzili, że kredyt se wezmą. Hipoteczny. Na mieszkanie. Bo z każdego telewizora im mówili coby brać. Billboardy uśmiechały się po szwajcarsku. To se głupki nabrali tych kredytów. No to mają. I dobrze. Głupki bo wiadomo, że leming jest głupi chociaż nie wiadomo dlaczego - bogaty. Mądrzy siedzą na bezrobociu we Włoszczowej. A głupi się dorabiają w metropolii. Taka sytuacja. 
Teraz okazuje się, że to byli spekulanci walutowi. Mogli jak na Polaka przystało wziąć w peelenach, ale nie. Zaszpanować się zachciało, że tacy światowi. No to sami se winni. I hejt pooooooooszedł. A nie wiedziały, że się bierze w piniendzach co się zarabia a nie w obcych jakichś (teraz im serwują poobiednią musztardę telewizyjni "ekonomiści")?
Tymczasem było trochę inaczej. Po sobie wiem jak było. Nawet mogę to ująć w udramatyzowanej formie jednoaktówki. 
Miejsce akcji: Bank w stolicy. Rok 1999.
Ja
- Puk, puk. Dzień dobry, poproszę kredyt na biznes. 
Oni
- Na biznes nie dajemy. 
Ja
- A na co dajecie?
Oni
- Możemy dać taki co się będzie nazywać hipoteczny, a na co se Pan wyda to nas nie interesuje, byle zabezpieczyć go na domu. Bieresz Pan?
Ja
- No dobra, weznę. Potrzebuję tyle a tyle peelenów.
Oni
- Peelenów nie dajemy bo nie masz Pan zdolności.
Ja 
- To co kurde, mówicie, że dajecie a tera co?
Oni 
- W cehaefach możemy dać. Na cehaefy masz Pan zdolność. Taka sytuacja.
Ja
- Eee, no nie wiem, bo ja się na tych cehaefach słabo znam.
Oni
- Wóz albo przewóz. To bieresz Pan czy nie?

No to wzionem. A teraz mi mówią, że sam tak chciałem zostać Szwajcarem. 
Oglądam tych biednych górników, zielonogórskich lekarzy, postputinowskich sadowników - wszyscy chcą aby im Państwo pomagało. Ja też bym chciał. Ale przecież wiem, że nie pomoże. Bo jeszcze się nie zdarzyło aby pomogło. Nie mnie. Ja już i tak przywykłem, że wyręczam Państwo jak umiem. Dzieci w prywatnej szkole. Do lekarza za pieniądze. Publicznym transportem rzadko. Itd. Jak w starym dowcipie, gdzie jeden mówi drugiemu - najgorzej to mamy my, średniaki. - a czemu tak? - a temu, że jak drożeje koniak to biednych to nie dotyka, bo i tak koniaku nie pili, a bogatych też nie bo nigdy nie pytali ile kosztuje. - a my średniaki to zawsze po dupie dostajemy ... Więc niech mi nie pomaga, ale przynajmniej niech mi nie opowiada bzdur, że byłem ryzykantem, spekulantem i sam jestem winien temu, że teraz mam płacić za swoje szwajcarskie ekstrawagancje. To ja się pytam czy aby na pewno sam podejmowałem decyzje? A państwo nie ma żadnej odpowiedzialności za warunki makroekonomiczne , w których przychodzi nam podejmować decyzje? To ja jestem odpowiedzialny za to, że politykę kredytową w 1999 (jak i teraz) ustalało ... państwo bo a. NBP ustala stopy procentowe, b. państwo określa poziom obowiązkowych rezerw banków, c. premier i ministrowie mają zajmować się poziomem inflacji, itd. ....?


Na lekki rzyg się zbiera gdy poczytać te populistyczne wypociny. I nie wiadomo czy śmiać się czy płakać. Totalny analfabetyzm ekonomiczny. Od hejterów nie wymagam. Od polityków z bożej łaski też już nie. Ale jak słyszę etycznego, moralnego i świętego Balcerowicza, że pomoc dla hipotecznych frankowców bylaby niemoralna, nieetyczna i że ogólnie grzech to uszom nie wierzę. 
Widać panu Balcerowiczowi nikt nie powiedział, że kredytobiorcy hipoteczni to ludzie specjalnej troski, to motor gospodarki i to kotwica jej bezpieczeństwa ... Nie do wiary, że taki mądry czlowiek może być taki głupi - w razie co to nie związany z tekstem cytat z Nikodema Dyzmy, do którego w te słowa zwróciła się hrabina Koniecpolska. 
Ale jak nie wie to wytłumaczę ... Pokazuję i objaśniam. 

Ci chciwi, chytrzy spekulanci biorąc kredyty (nieważne w jakiej walucie - wzięli w takiej jakiej dawali) działając oczywiście w swoim interesie a nie z miłości do Ojczyzny, nawet mogli nie wiedzieć, że są dla tej Ojczyzny kołem zamachowym gospodarki. Bo budownictwo ciągnie wszystko a parametr tak zwanego housingu, czyli odsetek rodzin posiadających własne mieszkania to wszędzie w świecie wskaźnik rozwoju i bezpieczeństwa ekonomicznego społeczeństw. Co się bowiem , moje hejterskie, populistyczne analfabety ekonomiczne stało z tymi kredytami? Nie zostały wydane na wczasy w Cancun, ani na szwajcarskie zegarki, ani na kreacje Diora kupowane w Paryżu. Ci podli "bogacze" co to mają po 3500 a nie 1200, a już nie daj Boże powyżej 10 tysi i to już wystarczy aby ich nie lubić wydali każdego franka w Polsce. Zapłacili murarzom, którzy dzięki temu mieli robotę, kupili cement i dachówki, dzięki czemu inni też mieli robotę, produkcja cementu jest bardzo energochłonna więc z tego kredytu pensje dostali też górnicy, zapłaclil notariuszom, kupili działki, kupili meble, pralki i lodówki i od wszytkiego zapłacili VAT, itd.
To doprawdy niesamowite, że nikt nie mówi o tym, że ci ludzie podejmując ryzyko kredytowe, które w najlepszej wierze ocenili jako możliwe do udżwignięcia, wpompowali w gospodarkę miliardy, które dały pracę i chleb milionom ludzi od razu, a teraz mieszkając w tych wyśmiewanych, lemingowych osiedlach dalej kręcą gospodarkę bo płacą podatki od nieruchomości, rachunki za prąd, wyposażają je - jednym słowem zasilają budżet.

Zgrzyt zębów powoduje też troska o banki. Wrażliwcom wracają pytania o moralność rozwiązań w rodzaju - a dlaczego tym oddać albo pomóc? A dlaczego nie tym, co opcje walutowe brali? A dlaczego nie sadownikom za jabłka? Ano dlatego, że już na pierwszy rzut oka widać - po owocach ich poznacie - że umowa z bankiem jest wyraźnie asymetryczna. Tak nam się pięknie kapitalizm rozwinął, że nasi wolnorynkowi moraliści z panem Balcerowiczem na czele uważają, że to w porządku zawierać umowy, w skutek których jedna strona i to ta silniejsza jest wygrana zawsze, a ewentualne ryzyko ma ponosić wyłącznie ta druga i to słabsza. Mnie już na pierwszym roku studiów prawniczych uczyli, że leonina societas czyli spółki (umowy) z lwem powinny być zakazane i niedopuszczalne, ale widać na kursie prawa dla ekonomistów o tym nie mówili.

Na koniec trochę literatury pięknej. Bertolt Brecht. Was ist ein Einbruch in eine Bank gegen die Gründung einer Bank? Obrabowanie banku jest niczym w porównaniu z jego założeniem.

wtorek, 9 grudnia 2014

Pedał bezprzymiotnikowy.

Napisałem "pedał"? To tylko aby zwrócić Waszą uwagę. Nie używam tego słowa. Ale gej też nie używam. Ani homo. Ani homoseksualny. Bo to też etykietki. Gdybym miał wpaść do znajomych z ... no właśnie z którymś z powyżej wymienionych, to nie mówiłbym przecież - Wpadnę z Krzyśkiem. - Wiecie, tym gejem. Nie wydaje mi się też abym często uczestniczyl w rozmowach, których tematem są preferencje seksualne moich znajomych gejów czy nie. A jeżeli już to chyba powiedziałbym ... - eeee, Krzysiek woli chłopaków. Albo, co najbardziej prawdopodobne znalazłbym okazję aby wrzucić coś w rodzaju - Krzysiek ze swoim partnerem, albo Krzysiek mieszka z Jurkiem, coś co nie zmuszałoby mnie do używania etykiet, ani rozmowy co kto robi w łóżku i z kim, a rozmówca by zajarzył.

Dlatego dla mnie Biedroń to Biedroń. Robert Biedroń. To czy i jaki z niego homo czy hetero interesuje mnie umiarkowanie. Ale jest news i wydarzenie. Biedroń niczym Hermaszewski. Pierwszy Polak w kosmosie. Pierwszy Biedroń w Słupsku. Tam gdzie słynne domki. Może właśnie dlatego. Przed Hermaszewskim był już podobno Pan Twardowski tylko, że nie mówił, że jest kosmonautą. Myślę, że przez Biedroniem byli już inni Biedronie na stołkach, w tym obsadzanych drogą wyborów, tyle, że żaden z nich nie urpzedzał wcześniej, że jest Biedroniem. Analogia zupełna. "Tolerancja" otoczenia też żadna nowość. Byłem radnym w małej gminie. Mieliśmy w radzie Biedronia (wersja beta). Nikogo to nie interesowało. A tajemnica była żadna. Ani wyborców. Ani rady. Ani urzędników gminnych. Miły, normalny facet. 


Wszyscy hetero rzucili się do komentowania. Bo jak to możliwe, że Polak katolik wybrał jancychrysta. Tośmy jednak światowi i nowocześni. Patrzaj Europo jak Słupsk Londyn i Berlin dogania. Ten zachwyt nad zdanym egzaminem woła o inną zupełną analogię. Przecież nie zabraniamy Żydom pisać w gazetach, zajmować stanowisk i wykładać na uczelniach, ale maznąć sobie sprejem Jude raus, albo pozagrzewać do boju Widzew swojską przyśpiewką gdzie Żydzi rymuje się z wstydzi to już inna bajka i to się nie liczy. Polak Żyda przecież kocha, a od teraz kocha też pedała (patrz wyjaśnienie na początku).

Zabrakło mi natomiast komentarza samych zainteresowanych czyli osób z branży LGBT. A może nie tyle komentarza co refleksji. Jak to się stało, że akurat Biedroń? Co takiego ma Biedroń czego nie mają inni? A może czego właśnie nie ma?

Nie ma przymiotnika w nazwie. Albo ma ale taki neutralny i odnoszący się do Biedronia jako takiego a nie do jego seksulanych preferencji. Biedroń zwycięski teraz - bo wcześniej Biedroń sympatyczny, Biedroń uśmiechnięty, Biedroń pracowity i Biedroń kompetentny. Ba! Nawet Biedroń chrześcijański, bo na zniewagi i obrazy, a takich od prawdziwych Polaków się nasłuchał nie odpowiada agresją, ani nawet neutralym "Pan nie może mnie obrazić" ale nadstawia drugi policzek, ewentualnie dodając "- i ja Pana/Panią też bardzo lubię".

Jakich przymiotników w nazwie Biedroń nie ma? Oto krótka charakterystyka jego kolegów, którzy właśnie dbają o przymiotniki w nazwie.

Gej męczeński. Opowiada i zanudza, jak to w małej mieścinie był "the only gay in the village" i jak cierpiał i jak mu byłu trudno i jak mu się teraz za to cierpienie należy. Nie słyszałem aby Biedroń występował w roli  geja męczeńskiego.

Gej paradno walczący. Wierzy, że najkrótsza droga do wszystkich możliwych praw wiedzie przez taniec nago z piórami w dupie na platformie jadącej przez centrum miasta. Niewykluczone, że Biedroń też by chiał mieć te pióra w dupie, ale jak widać uważa, że lepiej wyglądać w sposób akceptowalny dla wyborców, dać się wybrać i naprawdę zmieniać świat, zamiast zżymać się na świat co to piór w dupie nie uważa za wizerunek godny zaufania i dialogu.

Gej przegięty. Komentarza nie wymaga. 

Gej wykamingałtowany. W dziesiątkach wywiadów dzieli się ze światem swoim szczęściem. Opowiada o byłych i obecnych kochankach. I love you Philip Morris. 

Czy jak ktoś lubi sławić swoje męczeństwo, wsadzać sobie pióra w dupę, palić slimy wyginając mocno nadgarstek, opowiadać o nowym narzeczonym w Gali to wolno mu czy nie? Odpowiadam: wolno. Ale też wyborcy, jakby nawet tolerancyjny nie był wolno konserwatywnie zakładać, że wyżej wymienione zdolności mogą być mało przydatne do administrowania domkami w Słupsku i może trzymać się przekonania, że miły, pracowity, skromny facet, który po prostu robi swoje może być w te słomki, tfu! klocki lepszy. W Słupsku nie wybrali geja tylko Biedronia, który prawdopodobnie z mało kim się w swoim okręgu wyborczym przespał, więc jako homoseksualista jest miejscowej ludności empirycznie malo znany, natomiast jego pracowitość rzucała się w oczy bardziej i tym łatwiej, że nie zaćmiona przymiotnikami z lubością przez branżę stosowanymi.

Dziwię się, że taka refleksja się nie pojawiła.







sobota, 8 listopada 2014

Życie jak w Madrycie

Życie jak w Madrycie.

Dramat z wyższych sfer (czy też jak to mówi bohater popularnego reality "wyższych stref").

Występują: Poseł Hoffman i Stara Hoffmanowa.

Akt I

(Rezydencja urządzona z patriotycznym smakiem - czuć Boga, Honor i Ojczyznę, na ścianach Piłsudski, szabla nad kominkiem, na szafce zdjęcia gospodarza z Prezesem, Papieżem i św. pamięci Prezydentem)

Poseł Hoffman - zadowolony i z lubością ogłada w TVN powtórkę swojego wywiadu.
Wchodzi Stara Hoffmanowa.

Stara Hoffmanowa.
- Może byśmy na jakieś Kanary skoczyli czy inne Szarmelszejk? Kocham tę naszą Ojczyznę, polską jesień kocham, ale ile kochać można ... Adamie?

 Poseł Hoffman.
- Daj mi spokój,wybory za pasem, roboty huk, wywiad za wywiadem ... - o teraz, teraz posłuchaj jak jej dogryzłem, dobrze, co? ... nie mam czasu na żadne wakacje, idź se kup coś do jakiej Zary i nie zawracaj mi głowy. Jeszcze muszę znaleźć czas aby do jakiejś Hiszpanii się kopnąć żeby diet na stukać, z resztą co ja Ci będe tłumaczył - co ty możesz o polityce wiedzieć ... (robi głośniej)

Stara Hoffmanowa.
- Oj misiu nie złość się, no dobrze już niech nie będą te Kanary ale może bym z Tobą do tej Hiszpanii się kopnęła? Porozmawiam z Mariuszami, może byśmy razem?

Poseł Hoffman.
- No może by się i dało, ale to drogo wyjdzie. Chyba, że użyję inżynierii finansowej - co Ty możesz wiedzieć o takich wyrafinowanych technikach .... powiem, że do Madrytu pojedziemy samochodem - nikogo to nie zdziwi, bo wszyscy wiedzą, że to niedaleko i wszyscy do Madrytu na dwa dni samochodami jeżdżą - dadzą mi na benzynę parę tysi, a my tymczasem rajanerem za półfriko i może to się jakoś zbilansuje. Ojczyzna zapłaci bom poseł.

Stara Hoffmanowa.
- Ach ty mój mądralo, zawsze coś wymyślisz ... no ślicznie w tym telewizorze wyglądasz, taki cacany , okrąglutki ... to ja lecę dzwonić do Mariuszów. (odchodzi)

(słychać jak rozmawia przez telefon)

- Halo? Tu Posłowa Hoffmanowa. Z posłową Kamińską. Co? - Słuchaj, głupia ukraińska babo dawaj mi Panią do telefonu .... No cześć kochanieńka ... nie uwierzysz co z moim Adaśką wymyśiłam .... Do Madrytu ... taki mały melanżyk ...  


Akt II

Scena 1
Sklep wolnocłowy na lotnisku.
Poseł Hoffman

- W tym rajanerze nie dają drinków, a jak dają to trzeba bulić jak za zboże, weź może jakieś flaszki kupmy ... ze dwie ... (zastanawia się), albo może ze cztery , w tej Hiszpanii też cholera w euro i drożyzna, a cholera wie czy tam jakie rauty czy cocktaile będą ... lepiej mieć swoje ... 

Stara Hoffmanowa

- To ja kochanie wezmę więcej to i w podróży sobie strzelimy, idę spytać Mariuszów czy wziąć dla nich.

Scena 2
(w samolocie)

Stara Hoffmanowa

- A weż się wypchaj ty hiszpańska krowo. To moja flaszka i se ją będę piła ... Ty nie wiesz kto ja jestem. Posłowa Hoffmanowa jestem. (na boku - co za hiszpańska jędza!) - Ratunku! Święty Janie Mario! Hiszpanie mnie biją!

Akt III

Scena 1 
(rezydencja Hoffmanów - ten sam salon, ale wszędzie porozrzucane gazety)

Poseł Hoffman patrzy się tępo w telewizor i oczom nie wierzy. Na kolanach ma rozłożony FAKT i SUPEREXPRESS. 

Słychać Starą Hoffmanową rozmawiającą przez telefon.
 - Ach mówię Ci co ja się w tej Hiszpanii ubawiłam, a najlepiej to w rajanerze było - tak nawtykałam tej durnej stewardessie, niech chamówa wie, że polska posłowa jestem ... no mówię Ci ....

Poseł Hoffman coraz bardziej tępo .... wreszcie nie wytrzymuje:

- Stara! Staraaaaa! Dawaj mi tu zaraz ....

Wchodzi Stara Hoffmanowa
- Co tam Misiu dają? O , znowu jesteś w telewizji i to z Mariuszem ... drineczka zrobić?

Poseł Hoffman
- Jakiego drineczka stara krowo - mówiłem Ci żebyś tyle nie piła w tym rajanerze, teraz patrz coś narobiła

Stara Hoffmanowa (patrzy ale nie kuma)

- No co ? Misiu... no co?

Poseł Hoffman
- No chyba będę się musiał się od Ciebie odciąć. - Rozwód czy co? - Cholera, katolicki poseł Hoffman jestem , rozwód nie wchodzi w gre ... no nic coś wymyślę. - Ważne aby zwalić na Ciebie. - Idź precz pijaczko, zhańbiłaś moje nazwisko .... 

Stara Hoffmanowa (wybiega z płaczem)

Scena II
(Sejm)

Poseł Hoffman wchodzi do Sejmu, patrzy radośnie w stronę dziennikarzy , odbiera telefon - dzowni Stara Hoffmanowa.

Stara Hoffmanowa (przez telefon)

- Och Misiu, misiu, mam dobrą wiadomość, nie musisz się ze mną rozwodzić, będziemy nadal szczęśliwi .... 

Poseł Hoffman

- Że niby dlaczego? 

Stara Hoffmanowa

- Mówili właśnie w telewizorze, że to moje pijaństwo na pokładzie to małe miki i w ogóle nie ma sprawy i że z tego powodu to już nie musisz się złościć.  Mówią, że jakieś pieniążki co się nie należały sobie wziąłeś  i że tam w tym Madrycie wcale do roboty nie poszedłeś ... no takie głupoty gadają ... jakiej roboty przecież byliśmy tam na wakacjach zamiast Szarmelszejk ... misiu? Misiu kochany? 

Poseł Hoffman (patrzy już nie radośnie w stronę dziennikarzy) i mówi do siebie ...

- I za co ja teraz k...a bez diet te kredyty spłace ....  


Kurtyna .... 

środa, 27 sierpnia 2014

Za wolność naszą i waszą czyli czyją.

Na profilu Marcina Duszyńskiego znalazłem jak to zwykle u niego błyskotliwy post.

... nic ująć, ale dodać by się dało.

6. Elity zachodu , ale mówmy o sobie więc polskie udają, że obchodzi ich los Ukraińców, a obchodzi ich o tyle, o ile można rękoma samych Ukraińców usrać życie Putinowi i Rosji. Putin i Rosja bez Ukrainy lub bez wpływów w Ukrainie to lepiej więc staramy się tę Ukrainę od Putina odciągnąć. Ale jeżeli póki co się nie da, bo przecież nie będziemy umierać za Gdańsk, tfu ... chciałem powiedzieć za Lugansk i  to znaczy, że to  też nieźle, bo Putin grzęznący w kosztownych wyprawach wojennych, w długiej i bezwynikowej wojnie to też dobry scenariusz. Dlatego bracia Ukraińcy - trzymamy za Was kciuki, radźcie sobie sami, ważne abyście związali siły wroga tak długo jak się da. 
7. Udajemy , że żądamy od Rosji aby się podporządkowała naszym żądaniom ale ... Tak zupełnie tej Rosji pogrążać nie chcemy, bo wiemy, że przed nami jeszcze cywilizacyjne starcie z Chinami, które predzej czy później nas czeka, a Rosja to mięso armatnie i ostatnia nadzieja białego człowieka w tym konflikcie .... dlatego Zachód nie da Rosji nigdy umrzeć, w co naiwnie wierzą niektórzy Polacy, bo Rosja nie ma umierać teraz tylko wtedy jak się ją napuści na Chińczyka. Ale wiadomo, że głośno tego nie powiemy ani na salonach dyplomacji ani w wiadomościach telewizyjnych.
8. Udajemy też, że nie wiemy dlaczego i po co Rosji odrodzony imperializm i nie pamiętamy, że w 1990 od razu spróbowaliśmy wylądować w Rosji Chevronem, Exxonem i BP, aby "nieść pomoc technologiczną" i "pomóc zapóźnionym ruskim" wydobywać ich ropę, ale już nie dla nich. To, że "głupie ruskie" się zorientowali i zrobili kuku zachodowi wyganiając tę szlachetną pomoc i odzyskując swoje boli. I tak jak w Iraku nie chodzi o żadną demokrację a o ropę, tak w walce na oslabienie Rosji (ale nie przesadne patrz pkt. 7) chodzi o przejęcie kontroli nad jej zasobami surowcowymi. Ale przecież tego nie powiemy, więc poudajemy, że chodzi o wolność ... tych jak im tam ... wait a minute .... Uranians? aaaa, Ukrainians - right .... sorry such a distant nation. 
9. Jako, że musimy również udawać entuzjazm i sympatię dla Ukraińców udajemy, że nie widzimy jak koncertowo ich dzielni demokratycznie działacze najpierw sprowokowali Putina swoim kabretowym nacjonalizmem, jak teraz nie potrafią się zjednoczyć w walce o swoje, jak przebimbali ostatnie 25 lat i jak są naiwni sądząc, że wolność i niezależność od większego brata załatwi im Obama i Merkel. 

A Jeżeli ktoś tego udawania nie rozumie i nie zauważa to ja się dziwie .... 

piątek, 8 sierpnia 2014

Miałeś Chamie złoty róg ....

Znacie? Znamy! To posłuchajcie (z pewnymi wariacjami a propos). 
Trzech kolegów zginęło w wypadku samochodowym. Traf chciał, że byli to Amerykanin, Chinczyk i Polak. Nasz był zdaje się prezesem jakiegoś klubu sportowego - Legia czy jakoś tak? Stanęli przed bramami niebios i wszyscy bardzo rozczarowani domagali się od Pana Boga unieważnienia wyroku opatrzności. A to, że mają rodziny i są mlodzi, a to że tyle jeszcze do zrobienia czeka na nich na dole. Nasz argumentował, że wreszcie mu zapaliło się światełko w tunelu, szansa na dużą kasę i wolalby doczekać wyjścia z tego tunelu zamiast iść w stronę wielkiej jasnej wieczności. 
Pan Bóg akiurat się nudził, a może miał potrzebę nowych wrażeń i rozrywek więc Święty Piotr, niegocjujący w imieniu Pana Boga takie sprawy  zaproponował Amerykaninowi, Chińczykowi i naszemu Prezesowi Legii następujące rozwiązanie: słuchajcie, Pan Bóg zgodzi się aby do życia wrócił ten z was, który wymyśli taką sztuczkę, która najbardziej zadziwi Pana Boga. Abyście mieli równe szanse zasada będzie taka, że każdy dostanie takie samo zadanie. - Tu są trzy kule. Spróbujcie wymyśleć coś takiego z wykorzystaniem tych kul, aby zadziwić Pana Boga, czas start! 
Po kilku godzinach Amerykanin pokazuje swoją sztuczkę - stół bilardowy, na nim trzy kule ii seria tricków snookerowych - kule-bile kręcą się,  wirują, odbijają, wpadają do dziur, karambolują - jednym słowem cuda! - Nieźle, nieźle mówi Św. Piotr, ale Pan Bóg już nie takie rzeczy widział. Pora na Chinczyka, który zdołał wymyśleć sztuczkę co prawda tylko z wykorzystaniem dwóch kul, ale za to jaką! Połączył kule sznureczkiem i pokazał Panu Bogu serię sztuczek tiki-taki, kręcił kulkami , wybijał nimi różne rytmy, wywijał w powietrzu, przekładał z palca na palec, cuda! Pan Bóg jednak kręci głową - nie, to nie to.
Wołają Prezesa Legii, który gdzieś się zapodział, ale w końcu go znajdują jak chodzi z opuszczoną głową i szuka czegoś po krzakach i w trawie. Prowadzą go przed boskie oblicze i pytają - a Ty jaką sztuczkę z wykorzystaniem trzech kul pokażesz Panu Bogu? A Prezes Legii wyciąga dłoń na której leży tylko jedna kula i mowi: drugą zgubiłem a trzecia mi się zepsuła.
I zadziwił się Pan Bóg niezmiernie. I Prezes Legii pozostał wśród żywych i nadal będzie nas cieszył swoim profesjonalizmem.

Kiedy za Gierka promowano hasło "Polak potrafi" - pojawiało się wiele haseł pobocznych, wywieszanych np. na płotach fabryk. Przebojem było "Po mnie poprawiać nie trzeba". Złośliwi dopisywali jednak "Po mnie poprawić się nie da". 

czwartek, 31 lipca 2014

Miasto 44

I znowu, jak co roku będziemy skakać sobie do oczu. Po jednej stronie "patrioci" i "prawdziwi Polacy" głoszący, że sztafeta krwi, przekazanie pochodni wolności, że nic, że przegrane bo przecież wygrane, że bez ofiary nie byłoby dzisiejszej wolności. Znamy. Z drugiej strony "zdrajcy" co to twierdzą, że po co, że Czesi i Węgrzy też wolności doczekali, ale bez tylu ofiar, że Polsce potrzebni są bardziej żywi niż martwi. Znamy. 
Wszystkie możliwe argumetny już padły. Ale dwa są wyjątkowo cicho słyszane.
Po pierwsze decyzje o Powstaniu podjęli politycy. Ci sami politycy, których dzisiaj macie w telewizorach, i których obśmiewacie, którymi gardzicie, którzy Was brzydzą, których macie dosyć. Kult i moda na świętą, nieskalaną i idealną II RP nie pozwala powiedzieć głośno, że to byli dokładnie tacy sami politycy jak zawsze, jak wszędzie. Wyjmujący kasztany z ognia cudzymi rękoma, dbający o swoje kariery i karierki, budujący swoje małe ego na wielkich ofiarach, dla których wtedy cudza śmierć, dzisiaj ubóstwo i kolejka do szpitala to są dane statystyczne. Taka właśnie grupa "mężów stanu", siedząca na wygodnych kanapach londyńśkich kawiarni wpadła na pomysł "zróbmy sobie powstanie", bo przecież nie oni mieli w nim walczyć. Gdyby się udało byliby zwycięzcami. Ale się nie udało więc za nich zginęli inni. 
Po drugie nie umiemy się pogodzić z gorzką prawdą, znaną, dostępną i bezdyskusyjną dla każdego historyka, albo tylko pasjonata wojskowości - żadne ruchy partyzanckie (za dyskusyjnym wyjątkiem partyzantki Tito w Jugosławii) nie miały istotnego, realnego, mierzalnego, jednym słowem...  żadnego wpywu na wynik wojny. Wojnę się wygrywa lub przegrywa potencjałem gospodarczym i regularną armią. No i trzema rzeczami: pieniędzmi, pieniędzmi i pieniędzmi. Zachód miał więcej fabryk, technologii i pieniędzy. Sowieci mieli armię. Polska nie miała ani jednego ani drugiego. Wbijanie młodym ludziom do głowy, że sprawę mogła załatwić odwaga i poświęcenie życia to kłamstwo. Dla przebiegu i wyniku wojny nie miały wpływu ani Powstanie, ani AK, ani powstańcy paryscy, prascy, sowieccy partyzanci i niemieccy antyfaszyści w liczbie siedmiu. Gloryfikacja pójścia na śmierć ze śpiewem "obok Orła znak Pogoni, poszli nasi w bój bez broni" to robienie dzisiejszym młodym ludziom wody z mózgu. Chciałbym aby powszechne stało się przekonanie, że Polska powinna być bogata, przemysłowa, przedsiębiorcza, wykształcona, uzbrojona i silna wynikającą z tych właśnie cech pozycją międzynarodową a nie dzielna, bohaterska i pełna poświęcenia. 
Jeżeli za coś warto jest umierać to tym bardziej warto jest dla tego żyć. 

czwartek, 10 lipca 2014

Łamiące wiadomości. Tylko u nas. Zostańcie z nami.

A najbardziej to ja proszę Pana nie lubię polskich Faktów, Wiadomości i Informacji. I co ja proszę Pana robię? Wyłączam i wychodzę. 


1. Podobno jeszcze w latach 30-tych zdarzały się o równych godzinach komunikaty BBC (radiowe, bo telewizji jeszcze nie było), że "dzisiaj nie mamy żadnych wiadomości, więc nadamy muzykę". 
2. Wynikało to z założenia, że Wiadomości, Fakty i Informacje to właśnie wiadomości, fakty i informacje, wobec braku których nie ma powodu ich wymyślać i zastępować papką informacyjną znaną dziś pod wdzięczną nazwą kontent.  
3. Jak wiemy sytuacja się zmieniła. O okrągłych godzinach, w szczególnie w porze tzw. głównego wydania telewizyjnych dzienników Wiadomośći, Fakty i Informacje wyemitowane być muszą nawet wobec braku tych z małej litery, bo przed, w trakcie (doskonały pomysł na przerwy reklamowe między częściami "informacyjną", sportem a pogodą)  i po sprzedano już reklamę i nie ma przebacz. 
4. Przypomina to refleksję Stefana Kisielewskiego, który zauważył, że przed wojną na sklepach było napisane Rzeźnik a w środku było mięso, a za komuny na sklepie było napisane Mięso a wśrodku był rzeźnik. Teraz w Wiadomościach, Faktach i Informacjach wiadomośći , faktów i informacji jakby mniej , za to rzeźnicy Durczok, Ziemieci Gugała mają się doskonale. 
5. Inna różnica, którą do relacji media-odbiorca wprowadzili władcy niusrumów to odejście od przestarzałej koncepcji, której hołdował np. Giedroyć (na którego etos tak lubią się dzisiejsze tuzy publicystyki i dziennikarstwa powoływać), że to redaktor decyduje o czym chce powiedzieć czytelnikowi czy widzowi. Teraz to się poprawiło, nie ma dwóch zdań. Nowoczesne narzędzie pozwalają zbadać co chce przeczytać (to już coraz rzadziej), usłyszeć i obejrzeć sobie odbiorca. Jeżeli badaczom wychodzi, że nie chce o tym co istotne a woli o pierdołach to redaktorzy Durczok, Lis, Olejnik i Kolenda Zaleska schowają jeszcze głębiej  swoje dawno już zakurzone ambicje dziennikarstwa na poważnie i będą mędlić w nieskończoność o mamach-małej-madzi, utopionych-chłopczykach-z-Cieszyna, ugotowanych-w-aucie-przedszkolakach-a-nawet-pieskach, i ofiarach-bezdomności- spowodowanej-wybuchem-piecyka-gazowego. Staruszkach-wyzutych-z-mieszkania-przez-oszusta.
6. Powyższe tematy w epoce zasygnalizowanej na początku, a nawet jeszcze 20 lat temu, najczęściej a. zasługiwały na wzmiankę w wiadomościach lokalnych i kronice zdarzeń, b. wzmianka była jednorazowa, c. nikt na takich zdarzeniach nie budował ogólnych teorii wszystkiego. 
7. Czy to okropne, że mamy czasem zabijają dzieci? Straszne. Pijani konkubenci tłuką je? Potworne. Wyrostki znęcają się nad zwierzętami? Podłe. Oszuści naciągają ludzi? Woła o pomstę. Ale nie ma żadnych danych, które by potwierdzały, że tego typu sytuacje są dzisiaj częstsze niż niegdyś. Wszystkie te potworności i nienormalności są paradoksalnie najnormalniejsze w świecie. Odsetek rodziców sadystów lub po prostu idiotów, którzy przyczyniają się do krzywdy swoich dzieci wydaje się stały w populacji  - niestety Pan Bóg tak to urządził. 
8. Akurat dzieci mają się lepiej niż kiedykolwiek. W tej potwornej Polsce, gdzie codziennie giną lub są bite  w Wiadomościach, Faktach i Informacjach, na szczęście nie chodzą już dawno do kopalni, po wsiach tatusiowie rzadziej im obcinają nóżki kombajnami, coraz rzadziej wracają ciemną nocą grudniową ze szkoły przez las, bo mają gimbusy, itd. 
9. Nie podzielam przekonania miłośników Pisu, że w mediach mejnstrimowych panuje jakaś szczególna propaganda sukcesu, w domyśle propeo. Akurat odwrotnie. Można pogratulować mediom, że są już tak wolne (od myślenia przede wszystkim), że nie muszą realizować niczyjej propagandy.
10. Obraz wyłaniający się z Wiadomości, Faktów i Informacji to raczej Straszny Film 2, Masakra Teksańską Piłą Mechaniczną i Sala samobójców. Dzieciobójcy, sadyści, złodzieje, gwałciciele i oszuści wypełniają wszystkie pasma przenoszenia. Gdzieś tam może i są ludzie, których działalność ma wpływ na nasze życie, może tlą się gdzieś i nieśmiało pełzają jakieś realne zjawiska społeczne, ekonomiczne, kulturowe, ale od myślenia boli głowa, więc dopóki klikalność w biźniaczym z telewizyjnym serwisie www pokazuje, że Naród pragnie wciąż ugotowanych w aucie dzieci, choćby nawet rzecz się zdarzyła w Ohio, będziemy się tego trzymać.
11. Wrażenie robi też wyjątkowe wyczulenie redaktorek i redaktorów na krzywdę, biedę i nędzę w konfrontacji z rozpasaniem elit. Chodząca na co dzień w pepegach za pięć dych Monika Olejnik jest wrażliwa na bizantyjskie-bachanalie-ministra-co-to-wydał-na kolację-1000-złotych i jej żachnięcie jest tu jak najbardziej wiarygodne i na miejscu. 
Jak wiadomo widzów zawsze cieszy jak można dowalić "bogatemu", ale że o prawdziwych bogatych trudno, poza tym często redaktorów łączą z prawdziwymi bogatymi towarzyskie więzy bywania na tych samych bankietach, umownie obniżymy poprzeczkę aby poepatować widza skandalicznym przetargiem na "luksusową limuzynę" - czytaj skodę superb za 120.000, "luksusowym" zegarkiem za 20.000, "posiadłością" na Mazurach o przepastnej powierzchni pół ha i innymi podobnymi przejawami luksusu. Dzieci pieką się na parkingach, a panowie w stolicy palą cygara. 
12. Wymówka brzmi, że niby Doktor Kulczyk jak je homary to za swoje, a minister Sikroski za moje. To ja chcialem powiedziec, że mnie nie bulwersuje cena lunchu ministra za 1200. Podniecanie się "kwotą!" to czysty populizm, dość obrzydliwej próby. Miał albo nie miał prawa zapłacić służbowymi pieniędzmi i na tym możemy się skupić - zgoda. Ale to przecież zbyt skomplikowane zawiłości dla "oglądalności". Oglądalność nie zajarzy czy, jak i dlaczego są regulowane kwestie wydatków reprezentacyjnych. Ale czerwone lampki od razu Oglądalności się zapalaja, kiedy komunikat będzie zredagowany ty-tu-chłopie-żresz-kaszankę-stara-nie-ma-co-na-dupę-włożyć-a-ministrowa-Mucha-kiecki-sobie sprawia-po5tysi-a-Sikorski-zajadasię-ostrygami. 
13. Postulowałbym tutaj więcej symetrii. Jeżeli panie redaktor nie życzą sobie aby urzędnicy państwowi wypominali im cenę butów (jak to mogło się zdarzyć w ustroju słusznie minionym) to nie powinny bić populistycznej piany, rżnąc głupa, że niby szokuje je cena butelki wina za 300 złotych. Mistrzostwo hipokryzji dzierży Jolanta Pieńkowska, która na wizji rozczulała się czy 500 złoych za to czy za tamto to aby nie za drogo, ale pani Monika Olejnik - dwa w jednym - polska - zasłużenie Oriana Fallaci i równie zasłuzenie Imelda Marcos ( to taka Pani co miała 2000 par butów) nie powinno dziwić nic, bo jeżeli można mieć 500 par butów w średniej cenie średniej krajowej to dziwią chyba już tylko niedźwiedzie w Biedronce. Czy redaktor Olejnik może mieć słabość do drogich butów? Może. Czy mi coś do tego? Nic. Czy jest wiarygodna żachając się ile to minister wydał na wino? Nie jest. Drugą Evitą, co to w futrach i diamentach nalewała zupę ubogim juz się nie zostanie więc po co się męczyc.
14. Cenię Wojewódzkiego, który może sobie jeździć ferrari, może i sztukując sobie brakującą część osobowości Piotrusia Pana, ale trzeba mu przyznać, że rozmówcom nie wyrzuca, że sobie kupili o-matko-boska-cos-drogiego.
15. Trochę mi żal telewizyjnych gwiazd. To obiektywnie inteligentni ludzie. Jeżeli jeszcze obdarzeni pamięcią sięgającą 10-15 lat wstecz, pamiętają, że zajmowali się kiedyś rzeczami ważnymi. Teraz trzepią te "newsy" o niczym i za to nic dostają wiktory "od środowiska". Ciekaw jestem ich autorefleksji. Głupio im czy za kasę można kupić spokój sumienia? Jak się czuje człowiek, który wobec miliona tematów ważnych postanawia na kolegium redakcyjnym, że do głównego wydania damy mamę-małej-madzi? Ma do siebie jeszcze szacunek? Jak długo całość otaczającego wszechświata mają mi tłumaczyć wciąż Ci sami rozmówcy kropki nad i? Czy na każdy temat muszę usłyszeć opinie wciąż tych samych Niesiołowskich i Giertychów? 

Kiedy jeszcze trwał reżim komuny w Związku Radzieckim były w zasadzie dwie gazety - Prawda i Izviestja (Wiadomosci po polsku). Sytuację wolności słowa opisywały pytanie i odpowiedź.
- Ile jest prawdy w Izviesjach?
- Tyle samo co izvestji w Prawdzie.

To mniej więcej jak dzisiaj u nas. Wolne media i wolni dziennikarze mają wolny wybór i wybierają badziewie. 

niedziela, 6 lipca 2014

Pożegnanie z Tuskiem.


Egzaltowana panienka zarzuca premierowi Tuskowi zdradę. Zapewne w tym sensie, że kondominium, że sługa ruskich, że zabił Prezesowi Jarosławowi brata, itd. Nie podzielam. Niestety samo określenie jest trafne. Premier Tusk i PO zdradzili mnie. Nie mnie z imienia i nazwiska ale mnie małego przedsiębiorcę. Miała być PO reprezentacją klasy średniej. Partią mieszczańską. Małych i średnich przedsiębiorców. Nikt nie wierzył, że jej wrazliwość społeczna skieruje się w stronę troski o kasjerki w Tesco - tym miała się zajmować lewica. Ale też nikt nie spodziewał się, że troska PO pójdzie w kierunku jej pracodawcy. Tymczasem widać wyraźnie, że PO bliżej do troski o spokojny sen doktora Kulczyka, zyski banków i interesy Tesco niż do ochrony Kowalskiego Sp.J. , który zatrudnia czwórke pracowników, w tym dwoje swoich dzieci. 
Ta konstatacja uświadomiła mi, że trzeba zawrócić w lewą stronę. Bo nie czuję się po stronie kapitału. Czuje się po stronie pracy identycznie jak ta kasjerka. I spodziewam się, że powinna istnieć reprezentacja polityczna, która mnie - małego przedsiębiorcę i moją pracę obroni w nierówej walce ze światem korporacji. Chciałbym aby powstał w Polsce NEW LABOUR. W głowach panów Millera, Czarzastego i Palikota musiałyby się jednak zapalić zupełnie nowe lampki. 

Historyjka z życia.

Wyobraż sobie, drogi czytelniku, że masz aptekę. A może nawet trzy albo pięć aptek. Interes się kręci. Razem z Tobą pracuje rodzina. Dajesz też pracę innym. 
W ramach "wolnego rynku" otwierają ci obok np. Rosspharm. Albo Supermann. W końcu każdy ma prawo prowadzić działalność gospodarczą na równych prawach.
Po kilku miesiącach widzisz, że klientów ubywa. Dokładasz do biznesu rok. To dokładanie uczyni cię bankrutem, ale wierzysz, że dasz radę więc walczysz, płacisz pensje i zusy, sobie już nie płacisz, ale przecież nie zamkniesz z dnia na dzień biznesu, który być może założył Twój ojciec - a Państwo przecież jest dumne z firm rodzinnych.
Po roku, dwóch bankrutujesz - nie masz nic oprócz długów. Jak to się stało, że byłeś taki niekonkurencyjny? Przecież wolny rynek, itd.
To bardzo proste. Proste jak ABC. Proste jak A - Rosspharm prowadzi swoją aptekę razem z drugstore'm. Tobie nie wolno bo prawo farmaceutyczne, ograniczenia, przepisy. Jemu też nie wolno, ale on ma w tym samym lokalu przedzielonym przepierzeniem dwie osobne firmy - aptekę i drugstore, tyle, że klient o tym nie wie. Idzie do Rosspharmu. Ależ przecież Ty też tak możesz! Oczywiście. O ile zrezygnujesz ze swoich pięciu małych aptek i wynajmiesz kilkaset metrów - możesz nie chcieć, nie czuć się na siłach prowadzić drugstoru, z resztą dlaczego aby prowadzić aptekę "musisz" mieć drugstore? Ale to już Twój problem. Proste jak B - Rosspharm może się reklamować. Tobie nie wolno, bo apteki nie mogą się reklamować. Więc Rosspharm nie reklamuje apteki. Reklamuje drugstore, tyle, że klient nie widzi różnicy. Skutek: Rosspharmowi wolno de facto reklamować punkt, w którym ma aptekę - Tobie nie. Taki wolny rynek i równe szanse. i Wreszcie proste jak C - Rosspharm sprzedając lekarstwa, może obniżyć ich ceny nawet ponizej ceny zakupu i  .... nie będzie to wcale dumping. Zawsze wytłumaczy, że polityka cenowa ma na celu osiagnięcie zysku w ujęciu łącznym - zarabia na mydle, szamponie, gumie do życia, napojach, perfumach, itd. Może ceny lekarstw trzymać na absurdalnie niskim poziomie przez lata, aż Cię wykończy, organizować promocje, wyprzedaże, a nawet je reklamować "juto w Rosspharm wszystko o 25% taniej" - klient jak wspomnieliśmy nie rozróżnia drogerii od apteki, więc reklama skutecznie go informuje, że kupi aspirynę ze zniżką. Jak  już nie bedzie wokół innych aptek, nie będzie już musiał się tak wysilać, zacznie zarabiać - rok, dwa czy pięć dla korporacji to żaden problem, on poczeka. Ty zamkniesz swój biznes a Twoi ludzie stracą pracę.
Ty i Twoja przykładowa apteka to przede wszystkim praca. Rosspharm to kapitał. Ale z niejasnych powodów Twoich interesów ekonomicznych nie reprezentuje nikt. "Partia przedsiębiorców" czyli PO jest raczej po stronie Rosspharmu a nie Twojej. SLD może się pochyli nad zatrudnioną u Ciebie kasjerką, ale nie Tobą. 

Diagnoza.

SLD nie znajduje sposobu na wyjście z zaklętego kręgu 10 % +/- 2.

Wierny, żelazny, stary, „prl-owski” elektorat się wykrusza, kończy, nie starcza.

Klasowość myślenia lewicowego to już śmietnik historii. Nie ma już wielkoprzemysłowej klasy robotniczej i nie będzie.  Związki będą coraz słabsze. 

Ci co nie chodzą na wybory to w większości pracownicy najemni, często „wykluczeni” ale jak widać nie czuja potrzeby głosowania w ogóle, a na lewicę w szczególe, więc tu mimo złudnego potencjału , nie ma co szukać wzrostu.

Receptą miała być:  

a.       „lewica światopoglądowa” a więc wolność religii i sumienia, tolerancja kulturowa, przystań dla mniejszości  - w Polsce nie ma mniejszości narodowych, więc w zasadzie wyłącznie seksualnych. Ale ..... kierowanie "mocnych" i "programowych" komunikatów do mniejszości i wykluczonych ma jedną zasadniczą słabość - jest ich mało, a odsetek głosujących jest jeszcze mniejszych. Trzeba i należy stać po stronie mniejszości - problem jednak w tym, że jeśli frekwencja wśród mniejszości jest taka sama jak wśród większości to znaczy, że z 5-10 % np. homoseksualistów, do wyborów idzie w najlepszym razie połowa - aby bronić ich interesów trzeba wygrać głosami innych, bo tych 50% z 5% nie starczy. Arytmetyka.

b.      Deklarowana troska o „wykluczonych” , ekonomicznie słabszych. Postulat równych szans edukacyjnych, dostępu do zdobyczy cywilizacji. Niestety wykluczenie nie chcą chodzić na wybory a dyskusyjne jest czy na sytych i ocdzianych działa takie przesłanie współczucia.

c.       Antyklerykalizm – cywilizowany, ale jednak.

d.      Europejskość – obyczajowa.

Sądząc po wynikach, recepta nie zadziałała.

A może inaczej? 

Nowa lewica sklejona z SLD, Palikota i innych ma szansę przejąć lwią część elektoratu PO i przyciągnąć część elektoratu PIS pod warunkiem, że nie rezygnując z wyżej wymienionych elementów strategii, która działa średnio, ale te 10% daje, znajdzie klucz do wyobraźni wyborców.

Słowem kluczem jest PRACA.

Praca rozumiana nie, jako praca najemna, w przestarzałym i nieadekwatnym do rzeczywistości ujęciu my- praca najemna, oni – kapitał i krwiopijcy.

Praca rozumiana jako wspólna wartość wszystkich, którzy codziennie ciężko pracują na swój kwałek chleba, a więc w tym samym stopniu pracownicy najemni co mali i średni przedsiębiorcy.

Zadziwiające, w jak małym stopniu SLD korzysta z efektu propagandowego stawki liniowej 19%, którą małym przedsiębiorcom (takim jak autor tych uwag) podarował.

Zapewne zmiana nazwy nie wchodzi w grę a na pewno nie na rok przed wyborami, ale warto sobie uzmyslowić, że trwanie przy promowaniu „lewicowości”, która jak widać nie jest już seksowna dla wyborcy, nawet tego lewicowego światopoglądowo nie wystarcza. SLD-owscy specjaliśći do marketingu politycznego niech się nad tym trudzą aby lewica była na nowo kojarzona z pracą (Zbieżność z Unią Pracy jest przypadkowa – nie o to tu chodzi aby przydawać znaczenia UP, którego jako taka nie ma). Pracą, której pojęcie powinno być rozumiane w stylu i tradycji angielskiego Labour. Kiedy angielski Labour wyczerpał się – Tony Blair rozpoczął krucjatę jako New Labour. A Labour czy stary czy nowy , z nazwy nie oznacza ex definitione „lewicy”. Oznacza odwołanie się do etosu pracy, który łatwiej ziulustrować przykładami, niż definicją.

Właściciel pięciu sklepów, zatrudniający 20 osób może być „labour”. TESCO nie jest labour.

Deweloper na dorobku stawiający małe osiedla w powiatowych miastach kontraktujący podwykonawców może być labour. HOCHTIEF nie.

Operator kilkunastu mikrobusów KOZIENICE – WARSZAWA może być labour. Irlandzki POLSKI BUS nie.

Właścicielka sieci pięciu klinik dentystycznych może być labour. Właścicielka zakładu kosmetycznego zatrudniająca dwanaście manikiurzystek. Restaurator tak. McDonalds nie

Tak rozumiana praca jest przedmiotem opresji. Prześladowana przez technokratyczne Państwo sprzyjające korporacjom i ustępujące przed dużym , podczas gdy mały nie ma żadnej reprezenatacji.


SLD, lewica, czy jak byłoby logiczniej Partia Pracy (ale nawet bez zmiany nazwy, można tę PRACĘ zmieśćić w hasłąch, sloganach i programie) powinien być obrońcą PRACY, najemnej ale  i tej wynikającej z małej i średniej przedsiębiorczości przed korporacjami i przed technokratycznym Pańśtwem sprzyjającym wielkiem kapitałowi i ustępującym przed siłą wielkiego kapitału, podczas gdy mały przedsiębiorca jest nawet w gorszej sutuacji niż pracownik najemny – nie reprezentuje i nie broni go nikt.

Na fali rosnącego sprzeciwu przeciw dyktatowi korporacji, modzie na „nie pójdę pracować do korpo”, szczególnie silnej wśród „lewicy światopoglądowej” , jednoczesnej rosnącej społecznie roli małych i średnich przedsiębiorstw, aż dziw, że SLD nie dostrzega, że prędzej zdobędzie głosy tych małych kapitalistów, świadomych, że potrzebują reprezentacji, wiedzących, że PO bliżej do wielkich korporacji, niż tych wykluczonych, wyzyskiwanych, którzy po prostu na wybory nie chodzą bo wolą pić tanie wino w swoim zamkniętym pegieerze.

Ale to wszystko powyżej to tylko wstęp do myśli, którą najlepiej opisze przykład sytuacji prawdziwej, będącej doświadczeniem dziesiątek tysięcy prawdziwych ludzi pracy – tych którzy ciężko pracują , tworzą miejsca pracy, walczą z nierówną konkurencją ze strony „dużego” i opresją Państwa.

Dlaczego ów mały "kapitalista" zasługuje na podobną ochronę jak "ludzie pracy najemnej", "wykluczeni", "słabsi"? Pomijając okrutną, wyrachowaną ale szczerą konstatację, że ci potrzebujący pomocy wykluczeni i słabsi najczęściej nie idą do wyborów i nie dają swoim głosem szansy partii głoszącej i niosącej im pomoc, aby ta miała szansę wykazać się deklarowaną troską odpowiedź da poniższy, wcale nie wymyślony przykład. 
Przykład może dotyczyć rodzinnego warzywniaka, który zbankrutował bo obok otworzyli siedem biedronek a mały kupiec ma do wyboru stać się pracownikiem najemnym albo umrzeć z głodu, bo jego firma "nie sprostała" konkurencji. Nie przekaże też firmy dzieciom. Dziwnie łatwo pogodziliśmy się z takimi sytuacjami, bo przecież "rządzi rynek" i w końcu Auchan też tworzy miejsca pracy. Problem w tym, że to nie rynek rządzi. Ale może bardziej wyrafinowany przykład pozwoli łatwiej zrozumieć, że nowa lewica, nowy labour powinien małego przedsiębiorce postrzegać jako "swojego" do zagospodarowania.



 A przecież są sposoby aby to ustawowo uregulować. Można "równe szanse" moderować. Państwo powinno interweniować tam gdzie mniejszemu i słabszemu dzieje się krzywda.
Widać jednak nie ma takiej woli. 

Panie Miller, panie Czarzasty, panie Palikot! Zróbcie mi taką lewicę. Chętnie skręcę w lewo, tylko na razie na zakręcie stoi znak "ślepy zaułek".





środa, 25 czerwca 2014

Chcem byc selebrytom.

Dobrze. Przyznam się. Zazdroszczę. Ścianki? Nie. Długie stanie i błyskanie po oczach mnie męczy. Stałej obecności w Gali, Vivie, na Pudelku i Na językach? Nie. Lubię trudniejsze wyzwania. W czasie mojego życia korporacyjnego zaliczyłem i okładkę Pulsu Biznesu i rozkładówki w Rzepie. Jak zacząłem grać w polo zaznałem sławy większości kolorowych magazynów - nic z tego nie wynika, dla mnie osobiście lekkie żenua. Obecnie unikam.  Że niby lekka dobrze płatna robota, co to nie orzą i nie sieją jako ptacy niebiescy? Po pierwsze żadna lekka - jakby mi ktoś kazał codziennie "bywać" na "pokazach" "luksusowych marek", otwarciach "salonów", galach "wręczania prestiżowych statuetek" nie ma takich pieniędzy, za które bym to zrobił. Po drugie z tą płatnością - uwierzcie, nie ma karkulacji - z bycia selebrytom przez trzy do pięciu sezonów (to już max)  nie da się dożyć do emerytury, a obciach przy wertowaniu kartek i screenshotów sprzed pięciu lat zostaje na zawsze.
To czego zazdroszcze to możliwość bycia kim się chce. Selebryta może być kim mu się zachce i to od razu. Może na przykład zostać aktorem - aktorką już jest Monika Pietrasińska a ma zostać Patrycja Pająk. Może zostać modelką - tutaj ikoną branży jest Natalia Siwiec. Może zostać piosenkarką - tu lista jest długa. Może zostać projektantem mody. Stylistą. Kreatorem. Mody, fryzur lub stylu. Wszystkim może być. Kiedy chce może się przebranżowić z modelki w aktorkę, z piosenkarki w projektantkę. 
Mnie się głupiemu wydawało, że przypisanie sobie jakiejś profesji powinno mieć jakiś związek z wymiarem ekonomicznym takiego przypisania. Jestem fryzjerem, strzygę ludzi, płacą mi za to, w zasadzie robię tylko to, albo robię i inne rzeczy ale żyje z nożyc i grzebienia - ok, to rozumiem. jestem fryzjerem. Jeżeli mi ma w czymś pomóc ewolucja słowna zakładu w kierunku studia, fryzjera w kierunku kreatora i fryzur w kierunku hairdo, ok też rozumiem. Mam też wiele zrozumienia dla artystów sztuk pięknych - obrazu jeszcze żadnego nie sprzedali, ale jeżeli mają faktycznie w piwnicy kilkadziesiat płócien czekających na odkrycie (oby za życia) chapeau bas! Niech tam się przedstawiają "jestem malarzem". 
Ale co fakt zrobienia sobie dwustu półgołych zdjęć, z zasady publikowanych jedynie na własnym fejsie, od święta zdobiących kalendarz marki opon lub buldożerów wg twórczego schematu ona goła, opcjonalnie lekko umazana smarem siedzi w kabinie dźwigu, a obok cztery felgi i łyżka koparki , za którą to sesję" dostała 1000 złotych i zwrot kosztów dojazdu do Kielc, a "kontrakt" tego rodzaju trafia jej się trzy razy w roku - takie osiągnięcie chyba, czy ja wiem, nie upoważnia do nazywania się modelką? Okazuje się, że upoważnia. I jeżeli zainteresowana ogłosi się, że jest modelką a na pytanie czym się zajmuje odpowiada "z pozowania" - a da się z tego żyć? "hihihihih, no wiesz, nie bardzo" - to żyjacy z opisywania selebrytów zgodnie przykładowo potwierdzą: modelka Natalia Siwiec.
Czy projektant mody, której nikt nie chce kupować. Ani w przeszłości. Ani teraz. Albo nawet sprzedaje rocznie pięć kompletów żakiecików w zaprzyjaźnionym butiku bez nabijania na kasę fiskalną, to nie może się nazywać jakoś inaczej? Znaczy on projektant i YSL też projektant? My projektanty? No kurna, nie ukrywam że zazdroszczę.
Czytam, że Jola Rutowicz już bez różowego konia podejmuje próbę powrotu do szołbiznesu - wnioskuję zatem, że już w nim była. Rodowicz robi w szołbiznesie i Rutowicz. My dziewczyny z szołbiznesu. No to chyba pani Maryli trochę głupio - może liczyć co najwyżej na to, że o niej napiszą Gwazda a o Joli gwiazdka, ale  jak na 45 lat kariery i zylion sprzedanych płyt to chyba mało?
Aktorstwo. Ach!. Być jak John Malkovich albo chociaż być jak Monika Pietrasińska. 
Czy ja też mogę być aktorem? Chciałbym i moim zdaniem zasługuję. Mam może trochę wintedżowe ale za to osiągnięcia. W 1985 ze spółdzielni studenckiej Plastuś dostałem zlecenie na noszenie szaf w telewizji. Na korytarzu zaczepił mnie pan piąty reżyser i w jakimś słusznym ideologicznie serialu wojennym,  gniocie potwornym, dostałem rolę - na wypłacie było napisane "faszysta trzeci".
Najbardziej zdrowo zazdrościć jest talentu. To taka zdrowa zazdrość. Zazdroszczę Blechaczowi. Zazdroszczę Lewandowskiemu. Obu bez złości, zawiśći i złych intencji bo przecież ani piłkarzem ani pianistą nie jestem. Ale najbardziej zazdroszczę ludziom renesanu - ludzi wielu talentów gdy czytam, że ktoś jest modelką, prezenterką, aktorką i projektantką w jednym to siadam i płaczę. 
To, że ktoś kocha autopromocję rozumiem. To, że ma prawo do złudzeń, że coś z tego wyniknie jego prawo. Może nawet wynika. Kwestia punktu odniesienia. Jeżeli modelka-prezenterka-aktorka pochodzi z Dziędzielina Dolnego, to dla koleżanek, które zostały w domu i pracują na poczcie, możliwość darmowych posiłków na promocji szamponu jawi się jako sukces. Koleżanka z poczty może nie rozpoznaje podorobionych torebek LV i rolexów z Tajlandii. Ale czemu panie i panowie żurnaliści uczestniczą w tym cyrku i próbują nas przekonać abyśmy dołączyli?   
 

wtorek, 17 czerwca 2014

Ą i ę

Okropna jest ta hipokryzja na temat formy. Co do tresci rozumiem, ze nie bedzie jednej interpretacji - dla jednych "odpowiedzialni funkcjonariusze Panstwa", dla innych "polityczna mafia", ale co do formy? Przeciez wszyscy w prywatnych rozmowach w cztery oczy uzywamy takich form ekspresji jak panowie Belka i Sienkiewicz. I nie tylko mezczyzni. Kobiety moze innych, ale jednak. Nie wierze, że Panie Kolenda i Olejnik nigdy w prywatnej rozmowie nie okreslily zadnej "kolezanki" okresleniem "glupia cipa" (zamiast głupi ch...) , nie odnotowaly, ze inna "kolezanka" ma grubą dupę (zamiast małego ch..ka), nie skomentowały czyjegoś stanu emocjonalnego kolokwializmami w rodzaju "chyba ją\jego poje...ło/osrało względnie popier...ło" . Jeżeli wierszowane powiedzenie ch... d... i kamieni kupa kogoś oburza, to musi żyć na księżycu. Powiedzonka w rodzaju sranie w banie, chuje-muje dzikie węże  i inne podobne każdy zna i każdy raz na 100 rozmów ich użyje. Może nie na przyjęciu u ambasadora, ale przy wodeczce może się zdarzyć. Mamy mundial więc analogia futbolowa. Po sukcesach polskich piłkarzy w latach 70-tych ukazała się komiksowa opowieść o tychże. Na obrazkach cudnej urody, na których Robert Gadocha srzelał na bramkę i piłka trafiała w słupek, dymek z "pomyślał sobie" unosił się nad głową bohatera ze słowami "a tak niewiele brakowało do szczęścia" - nie było mnie przy tym, ale jestem pewien, że pomyślał i pewnie powiedział coś zupełnie innego, bliższego sążnistemu k...a mać. W tym samym czasie zrobiono eksperyment i na ligowych stadionach zamontowano mikrofony kierunkowe. Biedni piłkarze co chwila gryźli się w język komentując zagrania rywali, niecelne podania partnerów i decyzje sędziów. Pani Kolendzie wydaje się, że jak dwóch facetów umawia się, że podstawią nogę trzeciemu to omawiają to słowami z ą i ę. Po części. Roman Bratny kiedyś dodefiniował to tak: pełna kultura, ą i ę. Pardą pierdolę. Życie.

środa, 4 czerwca 2014

Na 4 czerwca - wolność a moje trampki.

Tekst dedykuje mojemu synowi Maciejowi, który  zbiegiem okolicznośći właśnie teraz ostatecznie został dorosłym, broniąc pracę magisterską. 


Moja wolność nie przyszła 4 czerwca 1989 roku. Przychodziła pomalutku, małymi kroczkami przez całe lata 80-te. Przychodziła, powiedziałbym - w punktach. 

1. Zaczęło się od muzyki. "Płyta z zachodu" to było marzenie. Pierwsze dwie kupiłem sobie w wieku 12 lat. Deep Purple. Machine Head i Fireball. Teraz myślę, że ważniejsza od wytloczonych na niej kawałków była wolność wyboru tego ulubionego i puszczenie sobie go kiedy się chce. 
2. Płyty były jednak drogie i jedynym sposobem aby mieć do nich dostęp okazało się mieć ich nie pięć czy dziesięć a sto. W wieku 14 lat zostałem jednym z kilkudziesięciu handlarzy muzyką, którzy sprowadzali płyty, wymieniali płyty, kupowali płyty i sprzedawali płyty. Najpierw na Wolumenie. Potem na Spójni. Potem w soboty na Spójni a w niedziele na Skrze. Od 17 roku życia nie miałem wolnego weekendu. Ale miałem płyty. I wolność ułożenia sobie z nich repertuaru wg własnego uzania. 
3. Potem były ciuchy. Nie chciałem się ubierać w to szare barachło, które rynek handlu uspołecznionego rzucał od czasu do czasu na rynek. Modnie było co prawda ubrać się w abnegackie moro i buty z jedność łowieckiej, ale dżinsy, tenisówki, koszulki polo - to już "musiało" być "stamtąd". 
Moi rodzice zarabiali po 30 dolarów miesięcznie. Dżinsy kosztowały 20. Adidasy, te prawdziwe - nie mniej niż 40. Te bardziej wypasione bo ze skory a nie z ceraty nawet dwa razy tyle. Sprawy potoczyły się identycznie jak z płytami. Wysiłek pozwolenia sobie na oryginalne tenisówki z zachodu był tak wielki, że nie miałem wyboru - zostałem handlarzem butów, ciuchów, sprzętu sportowego. Daleko mi było do remebertowskich tuzów, ale w skali Skry i Spójni, razem ze Sławkiem, Jankiem i innymi mieliśmy całkiem zgrabne stoiska, z asortymentem dynamicznie dopasowywanym do potrzeb rynku. Z inwestycjami w stoliki i łóżka polowe. Z podziałem ról. Pobudka szósta rano. Albo nawet bez spania bo przecież z Hybryd, Parku czy Remontu wracało się o piątej. Autobusem z plecakami i torbami. Rzadziej pożyczonym od rodziców maluchem. Z czasem własnym maluchem. Od pucybuta z pospiesznego A do milionera w 126p. Żadnego wolnego w weekendy między 6 rano a 16. Przez pół liceum i całe studia. Ale ta praca oznaczała wolność. Wolność od 30 dolarów miesięcznie moich rodziców bo sam zarabiałem 100. Dla 19 latka w 1982 to jak dzisiaj 10 tysięcy złotych. Król życia. Wolność od szarości Praca, która pozwalała wymienić wysilek i pomyslowość na kolorowy świat i ograniczoną , ale jednak przynależność do lepszego, wolnego świata. Status symbole tej wolnośći to było 50 złotych na zapłacenie kortu, nawet codziennie jak przyszła ochota (oczywiście w dni powszednie) rakieta tenisowa Donnay i adidasy grand prix. Powiew zachodu. Kiedy zaczęły się pojawiać grandprixy produkowane na licencji w Bułgarii od razu przestały być cool. Liczyły się te made in west germany. Od biedy francuskie. W 1984 kupiłem sobie po raz pierwszy adidasy stan smith - drogie były cholery bo cale ze skóry. Takie same kupiłem sobie wczoraj. I dało mi to do myślenia. A myślę sobie tak ... 
4. Wejście w posiadanie "zachodniej rzeczy" to było przeżycie. W każdym aspekcie. Pudełko. Polska ludowa, w której byłem przekonany, że "tak będzie zawsze" siłami przemysłu socjalistycznego nie potrafiiła wyprodukować ani takiej tektury, ani równo jej przyciąć, ani zadrukować. Jak mówił nieco wczesniej towarzysz sekretarz "Gdybyśmy mieli cienką blachę moglibyśmy eksportować więcej konserw ale nie mamy mięsa". Nie tylko butów takich dla polskiego nastolatka Polska ludowa zrobić nie umiała. Już przy pudełku zaczynały się schody.



5. Dokładnie tak jak dzisiaj, po otwarciu pudełka ukazywały się ... buty? - zapytacie ... gdzie tam. Butów owiniętych w delikatną jak poranna mgła bibułkę widać nie było. Jeżeli kiedykolwiek w zyciu zaobcowałem z pojęciem luksusu rozumianym jako absolut to było właśnie wtedy. Taka ekstrawagancja! Pomyślcie! Jakiś nieznany mi człowiek, wyprodukowane dla mnie buty, za które wdzięczny mu byłem i za kolor i jakość skóry i nawet sznurówek, za model, za design, za wszystko ... zechciał się jeszcze tak natrudzić, że do tych butów dodawał pudełko i zawijał te moje status-symbole w muślin bibułki.



6. Jak wszystko stamtąd, moje nowe adidasy Stan Smith pachniały. Zapachem nie osiągalnym w domach towarowych centrum. Tu cuchnące pcv relaksy. Tam poezja zapachów skóry zatopionej w gumowej podeszwie adidasów, pumy i dużo później nike. Zupelnie odwrotnie niż w wierszu "tam bezrobocie , strajki, głód - tu praca, natchniony traktor". Zapach wolności.



7. Moja wdzięczność do kapitalisty, który te buty wymyślił, wyprodukował i swojej łaskawości zechcial sprzedać byla tak wielka, że umykało mojej uwadze, że bylem wówczas dzikim żyjacym w dżungli. Obiektem pożądania były dla nas, dzikich śmieci stamtąd. Dzieci dumnych Polaków, co to pod Kircholmem i Samosierrą. Dzieci rodaków Kopernika i Curie Sklodowskiej w ramach hobby kolekcjonowały a to (oczywiśćie puste) paczki po papierosach, puszki po cocacoli, z butelek po koniaku kurwazje kurwawypije robili w prezencie dla rodziców lampy na zajęciach zpt, dziewczynki układały w klaserach opakowania po czekloladach lindt, vanhouten i cadbury. Do tej samej kategorii pożądanych śmieci należało moje pudełko. Prędzej by mi ręka uschła niż bym je wyrzucił. Pudełko po zachodnich trampkach służyło latami jako użyteczny pojemnik na zdjęcia, skarpetki, domowe rachunki. Duża wygoda. Kto miał takie pudełko nie musiał jeździć do Ikei, której przecież nie było, aby kupić sobie designerskie segregatory - miał pudełko z zagranicznej, równo przyciętej i równo zadrukowanej tektury. Był czlowiekiem zachodu.     
8. Za posiadanie tenisówek stan smith i pudełka po nich nie wsadzano do więzienia, ale ich obecność w moim życiu była jawną kontestacją systemu. Systemu, który miał trwać wiecznie. Systemu, w którym wybór polegał na akceptacji szarości lub szukaniu sposobów ucieczki ze świata relaksów, programu I polskiego radia i kolekcji domów centrum. Nie wiedziałem tego wtedy, ale wiem teraz, że na tych bazarowych stoiskach i w słuchawkach na uszach przy swojej damie pik, a potem msh 101, uczyłem się wolności a raczej zarażałem się nią. Nikt mi nie powie czego mam słuchać. Nikt mi nie będzie mowił jak się mam ubierać. Nikt mi nie będzie ograniczał możliwości zarabiania i wydawania na to co w danej chwili dla mnie najważniejsze. 
9. Nie czułem wtedy, że robię coś wyjątkowego. Wielu moich kolegów działało na tych samych zasadach. W kilku jechaliśmy weekendowym świtem z gratami na bazar. Na miejscu spotykaliśmy takich samych jak my. Dziwili mnie raczej ci , którzy tego nie robili. Każdy mógł. Próg wejścia był najniższy z możliwych, a właściwie go nie bylo. Za handlowanie płytami na bazarach i klubach studenckich nic nie groziło. Perskie jarmarki, wolumeny, spójnie i skry były jedynymi w Polsce specjalnymi strefami ekonomicznymi - wolno było w zasadzie wszystko. Nikt nie sprawdzał ile płyt, par trampek, dżinsów, paczek papierosów czy butelek piwa (bo nasze stoisko było wielobranżowe) sprzedałem przez weekend. Podatków od tego nie było. Zacząć można było od plecaka piwa warka po 3,50 kupowanego w supersamie o siódmej rano  i sprzedawanego po dychu na Skrze.  Możliwości rozwoju były nieograniczone. To my w liczbie kilkudziesięciu, więc ciężko przyporządkować sytuację jednej osobie daliśmy narodowi pierwsze kurtki puchowe sprzedawane na giełdzie narciarskiej na Okrąg. Jakie Gosie Baczyńskie i Zienie? To w połowie lat 80-tych połowa warszawskich celebrytów i tych "co się liczyli" towarzysko jechała na narty w puchówkach uszytych przez Sławka, Janka, Marcina, mnie i jeszcze kilku. To był dopiero dyktat mody. Koszule zapinane w skos, Kozaki muszkietery. A nawet wkład w język i kulturę. Wierzcie lub nie ale to nasza grupa kilku warszawskich handlarzy, i znpwu może to byłem ja, a może Sławek, a może Marcin - wymyśliła polskie określenie na velcro czyli ... rzepy, sprzedając pierwsze zapinane w ten sposób buty puma.
10. Wtedy zrozumieliśmy, że wolność to stan umysłu. Nasza wolność nie była zupełna, ale była oceanem w porównaniu z sadzawkami, w których siedzieli nasi rówieśnicy, którzy woleli wtedy spać w sobotę do 11 i gardzili nami "handlarzami". Niemal wszyscy, którzy stali ze mną wtedy upał i mróz na bazarze jakoś się w życiu ustawili. Może i sprytem. Ale przede wszystkim pracą. Przez sześć lat studiów każdy weekend bylem na bazarze i każdy dzień powszedni robiłem w spółdzielni plastuś. I w oczach moich kolegów byłem "bogaty". 
11. Kiedy oglądam dzisiaj moją nową, siódmą a może dziewiatą parę takich samych tenisowek stan smith myślę sobie, jak długą drogę przeszliśmy i jak to dobrze, ze dla dzisiejszego nastolatka ich zakup nie jest już wydarzeniem, a pudełko trafia na śmietnik. Że może sobie je kupić, podobnie jak dżinsy i puchową kurtkę - wszystko razem do kupy za jedną, nawet najniższą, nawet pierwszą pensję. W 1989 roku miałem swoją małą działalność gospodarczą, ale równolegle poszedłem do pracy do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Moja pierwsza miesięczna pensja (która nie zmieniła się przez 12 miesięcy) wynoisła 47.500 zlotych. Dolar kosztował 9500. Nie zarabiałem więc nawet pięciu dolarów. Moi koledzy niekoniecznie mieli swoje firmy - w koncu nie każdy musi być "przedsiębiorczy" jakoś musieli za to zyć. Na trampki stan smith musieli wtedy pracować prawie rok. Wczoraj zapłacilem za nie 349 złotych. Trudno mi wysłuchiwać tych, którzy pletą brednie jak to wszystko źle, że wszystko na gorsze i że młodzi mają trudny start. A ja miałem łatwy?



12. Możliwość zarabiania pieniędzy, zdobywania doświadczeń, bycia wolnym również od niewoli ekonomicznej była dla nas blogoslawieństwem. Uszom nie wierzę jak słucham jakim to przekleństwem jest dla wielu konieczność wyjazdu za pracą i robota na zmywaku w Londynie. Wszyscy byliśmy z tzw. inteligenckich domów, wszyscy na studiach. Stanie na bazarze w śnegu i słońcu byc może nie bylo na miarę naszego wykształcenia. I być może dla Ojczyzny też byloby lepiej gdybyśmy w tym czasei konstruowali statki kosmiczne - ale robiliśmy to co bylo można aby dać wolność sobie, potem swoim rodzinom. I tak niechcący zbudowaliśmy kapitalizm i daliśmy wolność nawet tym co woleli wtedy i dzisaij spać do południa. 
Bo wolność jest w Tobie i nie dziw się, że jeśli jej  tam nie znajdziesz - nie będziesz wolny. Ale to już Twój wybór. 


środa, 7 maja 2014

Highway to hell

Modny ostatnio wątek wypadków drogowych. Media pełne pijanych kierowców. Ale i nie pijanych. Piratów. Oburzenie. Politycy wsłuchani w głosy wyborców dają wyraz. Trosce. Pochylają się nad problemem. Zero tolerancji dla piratów. Padają pytania. Jak długo jeszcze Katylina, tfu, przejęzyczenie ... jak długo jeszcze niewinni ludzie będą zakładnikami drogowych morderców? Pochyleni, zatroskani i pytający premier i ministrowie. Ale na słowach nie poprzestaną. Czują ciężar i jarzmo odpowiedzialności. Hmmm .... widzę jednak pewien brak konsekwencji. 
1. Platforma Obywatelska wystawia jako kandydatkę do Europarlamentu panią Otylię Jędrzejczak.
2. Pani Otylia Jędrzejczak kilka lat temu jadąc szybko tam gdzie trzeba bylo jechac wolno, wyprzedzając tam gdzie nie powinna, zabiła człowieka.


3. Ogromna osobista tragedia, bo był to jej brat. Zgoda. Straszne. Dla niej to na pewno robi różnicę, ale jakie to ma znaczenie brat czy nie brat. Człowiek zginął bo widać nie zjadła snickersa i zaczęła gwiazdorzyć - niestety na jezdni. Jest sprawą szczęśliwego zbiegu okoliczności, że nie zginął nikt więcej.  Zwykłe ludzkie wspóczucie nie może zmieniać oceny stanu faktycznego. Swoim stylem jazdy wiozła śmierć. Zabiła człowieka. Sąd uznał jej winę. Została skazana. To, że wyrok był niski to premia za medale. Kowalski dostałby pięć lat. Medalistka 9 miesięcy prac społecznie użytecznych. Ale wysokość kary nia ma tu znaczenia. Akurat wierzę, że karę będzie nosic w sobie do końca życia.



4. Czy miała się powiesić? Wstąpić do klasztoru? Zapaść pod ziemię? Ależ skąd. Każdy ma prawo do błędu. Każdy ma prawo aby mu zapomniano i wybaczono. W jej przypadku udało się i jedno i drugie. I bardzo dobrze. Ale tym razem nie o Otylię Jędrzejczak chodzi.
5. Jak można jednym tchem w uniesieniu bulwersować się piractwem drogowym i zgłaszać na funkcję publiczną drogowego zabójcę? Rzygać mi się chce na myśl o takich standardach. Pani Otylia może występować w reklamach  - bo to wybór marki, z kim chce wiązać swój wizerunek. Może być gwiazdą gali, vivy i śniadaniowej - jeżeli tam będzie miała coś ciekawego do powiedzenia to sam chętnie posłucham. Może tamże wypowiadać się, że tęskni za bratem. Jak są amatorzy takiej lektury - na zdrowie. Że tęskni wierzę. Że musi o tym mówić w wywiadach w stylu pudelka to jej wolny wybór. I dla pewności powtórzę - nie o nią tu chodzi, akurat na nią trafiło i chcąc nie chcąc stała się egzemplifikacja pewnej sytuacji. I ta sytuacja jest bardzo prosta - nie życzę sobie aby w życiu publicznym, państwowym w roli modeli osobowych, autorytetów, a takimi są osoby wysuwane do zaszczytów i reprezentacji, występowali ludzie mający na sumieniu drogowe zabójstwa, z winą uznaną i udowodnioną przez sąd. To nie jest żaden hejt, a jeżeli już to kierowany do tego idioty, który na taki pomysł wpadł. Dziwię się, że komuś mogła przyjść do głowy taka kandydatura. 
 

środa, 26 marca 2014

Gdyby Kafka żył ... pisałby o Wydziale Komunikacji

1. Jezeli cos mnie doprowadza do białej gorączki w moim pięknym kraju, tu dygresja: i właśnie za nie-podjęcie wątku i nie-rozwiązanie problemu uważam, że Janusz Palikot traci na wiarygodności, bo kiedyś szefował Komisji mającej elimninować absurdy usrywające życie obywatelom i nie zrobił w tej sprawie nic - koniec dygresji - jest proces rejestrowania pojazdów mechanicznych i cała urzędowa mitręga z tym związana. 
2. Przez lata żyłem w świecie z bajki, bo ostatni raz rejestrowałem sobie samochód w 1987 roku. Potem mieszkałem za granicą ale ... nie wiem czy w Italii było to prostsze czy trudniejsze, bo kupowałem samochody prosto z fabryki (pracowałem dla Fiata) i fabryka mi je rejstrowała od a do z. A jeszcze potem miałem auta najlepszej marki czyli "służbowe" a jeszcze potem w leasingu. Ale rzeczywistość mnie dopadła.
3. Nie będę Was wprowadzał we wszystkie szczegóły operacji "kupiłem sobie auto zza oceanu". Wystarczy opowiedzieć, że aby je sobie zarejestrować: zapisałem się na godzinę w Urzędzie komunikacji. Przybyłem na miejsce i okazało się, że zapisanie się "na godzinę" i punktualne przybycie nie oznacza bynajmniej wzajemności Urzędu. Pół godziny opóźnienia. Drobiazg. Pan urzędnik starannie przeanalizował dokumenty, przyznajmy: skomplikowane, bo auto wjechało do Unii w Niemczech, ale w końcu on ma się na tym znać. Z zegarkiem w ręku 20 minut odpowiadałem urzednikowi "co ma tam napisane". Aha - powiedział, po czym oświadczył, że pójdzie skonsultować to z kierowniczką, której jak się domyślam tłumaczył to przez kolejne 20 minut. Czasu jednak nie marnował, bo w mędzyczasie najwyraźniej przeszedł kurs ekspercki w dziedzinie poligrafii i z radością podzielił się ze mną swoim odkryciem - jedno z tłumaczeń przysięgłych było "kolorową kopią" a nie oryginałem. Nie wiem. Nie znam się. Może. Takie dokumenty dostałem od sprzedającego. Urząd pozostał nie wzruszony. Zgodził się uprzejmie procedować, pod warunkiem, że doniosę nowe tłumaczenie. To będzie jakieś 200 zlotych.  
3. Następnie urząd poinformował mnie , że badania techniczne, tzw. pierwsze w kraju, zrobione w momencie przyjazdu auta do Polski, kilka miesięcy temu są oczywiście nieważne, bo  ... przepisy się zmieniły. Innymi słowy służba z uprawnieniami państwowymi czyli stacja przeglądów technicznych wystawiła mi kilka miecięcy temu dokument, potwierdzający dane pojazdu i jego stan techniczny, postawiła pieczątki, zainkasowała pieniądze i okazuje się, że to wszystko było ... nieważne. To tak jakby unieważnić zmianą przepisów dyplomy, akty notarialne, uprawnienia. Nic. Brniemy dalej. 
4. Pan urzędnik wręczył mi komplet czerwonych tablic i tymczasowy dowód na te tablice, abym sobie pojechał na stację diagnostyczną i zrobił sobie te badania jeszcze raz (to chyba będzie ze 200 złotych). Jak już będę miał to nowe tlumaczenie przysięgłe i nowy przegląd techniczny mam wrócić do urzędu, aby urząd, albo Urząd (w końcu jesteśmy w świecie Kafki) wydał mi tablice czarne, ale oczywiście tzw. dowód rejestracyjny będzie znowu tymczasowy, po ten właściwy wrócę sobie znowu po miesiącu. Plus 500 za recykling i 270 za rejestracje.
5. Mieszkam na wsi. Do Urzędu mam 18 km. Przyjechałem tam dziś i spędziłem dwie godziny. Teraz podjadę do jakiegoś tlumacza, pewnie w Warszawie, to będzie 35 km. Potem na ten przegląd. Załóżmy w uproszczeniu, że Pan Diagnosta łaskawie dopuści auto za pierwszym podejściem. Potem się umówię na wizytę nr 2 do Urzędu. Optymistycznie zakładam, że trafię do tego samego Pana Urzędnika, bo jeśli nie to może znowu analiza dokumentów w ponownej konsultacji z Panią Kierowniczką zajmie kolejną godzinę. Potem jeszcze jedna wizytka po odbiór ostatecznego dokumentu. Każda z tych wyprawa pól dnia.  
Są to jawne szykany obywateli. Wszystko zaprojektowane i wykonywane tak, aby na każdym kroku skubnąć parę złotych. Recykling, czasowa rejestracja, pełna rejestracja, przegląd, itd. 
7. Przy okazji pobytu na stacji diagnostycznej z innym autem dowiedziałem się o jeszcze jednej pięknocie. Macie nowe auto. Kolejny przegląd techniczny dopiero za trzy lata. Potem wpadacie na pomysł aby w tym nowym aucie założyć instalację gazową. Nie zakłada wam jej szwagier na podwórku, ale zakład, który ma a. uprawnienia, za które Państwu zapłacił, b. instalacja ma homologację, za którą producent Państwu zapłacił, c. od operacji montażu i ty i instalator płacicie vat i dochodowy. Okazuje się, że samochód, nawet nowy, w którym nieopatrznie zalożycie instalację gazową musi stawiać się na przegląd co rok a nie dopiero za trzy lata. Mogliście o tym nie wiedzieć? Mogliście. Pan Instalator nie musi wam o tym mówić. Jak sobie bedziecie wbijać ten gaz do dowodu rejestracyjnego (czwarta wizyta w Urzędzie) też Wam nie muszą mówić, że kolejny przegląd będzie wymagany za 12 miesięcy. Ale pan policjant, który Was zatrzyma do przypadkowej kontroli może Wam zatrzymać dowód do Waszego np 13 miesiecznego samochodu, w krtórym macie gaz od roku  bo ... już od miesiąca Wasze auto nie ma ważnego przeglądu ... nie, nie, nie. Nie instalacji gazowej - całego auta. Ale to przecież czysta przyjemność zrobić sobie kolejny przegląd i kolejny raz wpaść do Urzędu aby odebrać nomen omen odebrany dowód.
8. Ja rozumiem, że ten cały system jest po to aby kilka milionów ludzi ze zrozumieniem i bez wrażenia , że plącą dodatkowe podatki płaciło jak najwięcej. No to niech tak zrobią, że im się za te przegądy, ten recykling, tę rejestrację, to wbicie haka, tę instalację gazu płaci, ale niech już nam darują to odwiedzanie Najjaśniejszego Urzędu. Dojazdy, godziny, czas ... Udręka. To przecież bandyckie wymuszenie w biały dzień. Ludzie kupują sobie urządzenia o wiele bardziej skomplikowane i kosztowne niż np. mój 8 letni saab, i nie muszą z tego powodu przechodzić przez tę gehennę. 9. Dlaczego telewizora, czy laptopa nie muszę oddawać do przeglądu co rok? Przerejstrowywać jeśli go komuś sprzedam? Są już kraje , gdzie auto ma JEDEN numer rejestracyjny przez cale swoje życie. Można? Można. Są kraje gdzie prawo jazdy to dokument wydawany po prostu na życzenie. Obywatel bierze na siebie odpowiedzialność za to czy umie, czy nie. Można? Można.  Zacznijmy do k... nędzy przynajmniej o tym mówić, że to mafia, skandal i złodziejstwo. 
9. Czy ktoś może mi wskazać polityka, na którego mogę zagłosować i on zacznie o tym głośno mówić i w końcu to załatwić?